Rozjazd
d a n e w y j a z d u
60.40 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:30.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Taka tam chmurka ;)
https://photos.app.goo.gl/1YVprS3t6FJnTrMm9
https://connect.garmin.com/app/activity/23696186042
Taki tam rozjazd po wczorajszem :) W sumie to najbardziej
interesowała mnie dziś zapiekana na Kazimierzu. Jednak pozamykane było, za
wcześnie. Więc wciągnąłem zapiekanę pod Halą Targową, też dobra. Pogoda dziś
mocno burzowa. Pierwsze burza szykowała się w mieście, ale ostatecznie minęła
Kraków. Pojechałem trochę bez planu wzdłuż Rudawy, w stronę Lasku Wolskiego. W
pewnym momencie zza lasu wyłoniła się niczego sobie chmurka :) Chmura szelfowa.
Taka chmura mówi jedno: CHOWAĆ SIĘ PRZED BURZĄ! No i znalazłem schronienie w
wiacie na wózki pod Lidlem. Nie całkiem szczelne ale wystarczające. No i
lunęło. Jak na tak groźną chmurę burza nie była jakaś przepotężna, bez gradu a
pioruny gdzieś daleko. Gdy się wypogodziło ruszyłem dalej. Temp. to chyba spadła z 30 na 20 stopni po tej ulewie. Okrążyłem Las Wolski
i przez Tyniec wróciłem do miasta i do domu.
Kategoria > km 050-099
Wiedeń :)
d a n e w y j a z d u
400.00 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:30.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/ApYvQjRU36ajgXRU8
https://connect.garmin.com/app/activity/23635124343
https://connect.garmin.com/app/activity/23638156503
Do tych śladów plus circa 15km to dojazdy na dworzec, przesiadki itp.
No czas trochę rozkręcić ten sezon, z tras 400+ to zrobiłem
do tej pory ino Bratysławę. Myślałem początkowo nad jakimś Budapeszcikiem albo
Balatonikiem. Stanęło jednak na Wiedniu, gdyż ostatni raz byłem tam w 2023!
Przez Czechy też możliwe że ostatnio jechałem w 2023 roku. Aby sobie trochę
ułatwić, podjadę pociągiem gdzieś na Śląsk. Pierwotnie chciałem do
Bielska-Białej, ale pociągi nie jeżdżą do odwołania, ciężarówka rozwaliła
wiadukt… No to start z Czechowic-Dziedzic będzie. Stamtąd do Wiednia planowo
350-360km, ze zwiedzaniem będzie akurat te 400.
Środa wieczór, jak zwykle nie mogę usnąć przed długą trasą… 4
nad ranem a ja dalej nie śpię… Pociąg z Krk Głównego 6.41, budziki ustawione na
5tą... Zajebiście. No nie ma szans, przestawiam budzik na 7.30, a pojadę
następnym pociągiem - o 9.04. Budzik dzwoni. Coś tam pospałem, jakieś 3 godziny.
Na dworcu melduję z dużym zapasem czasu. I tu czeka na mnie pierwsza atrakcja
:) Mianowice to pociąg jest tą atrakcją. Jechał będę prawdziwym rodzynem –
pięknie odrestaurowanym EN71, w żółto-granatowych barwach! Takich jak sprzed 20
lat! Różne spółki kolejowe mają bowiem zachowane pojedyncze egzemplarze starych
lokomotyw/pociągów w historycznych malowaniach, i właśnie taki mi się trafił :)
W środku też oczywiście skaj + sklejka, tak jak ma być. W przedziale mam też
ciekawą pasażerkę z równie ciekawym rowerem. Pomagam wnieść. Co za krowa :D W
sensie o rower mi chodzi, chyba ze 30 kilo waży. W pociągu zajmuję się głównie
spaniem i jedzeniem bułek. Z Czechowic-Dziedzic startuję o wpół do jedenastej. Pogoda
piękna z małymi zastrzeżeniami. Te małe zastrzeżenia to potencjalnie burzowe
chmury na południu. Ale trzeba być dobrej myśli, takie wysokie białe chmurzaste
grzyby mogą, ale nie muszą przekształcić się w burzę. Tymczasem lecę sobie
bocznymi drogami gdzieś przez Śląsk, pośród pól uprawnych i stawów rybnych. A
wiatr sprzyja, wieje raczej w plecy. Przez pomyłkę prawie wjeżdżam do Bielska-Białej. Pomyłkę da się jednak dość łatwo naprawić, i wrócić na właściwy
kurs bez nadkładania wielu km. A właściwy kurs do DW 944 na Cieszyn i granicę
PL/CZ. Akurat trafiłem na remont tej drogi… Ruch wahadłowy, korki, światła i
klejący się do opon gorący asfalt, trochę to spowalnia. Docieram do Skoczowa,
miasta mocno naznaczonego przez historię i wojny. O czym świadczy mnogość
pomników, tablic pamiątkowych i murali. Stąd do Cieszyna już rzut beretem. Kilka
hopek do wciągnięcia, i już jestem w tym granicznym mieście. Na moście
granicznym PL/CZ melduję się o godz. 14. Oczywiście zapomniałem zrobić zakupy w
Polsce… Szybko opuszczam Czeski Cieszyn, i zaczynam jazdę przez czeskie
zadupia. Obieram kurs cestą 648 na Frydek-Mistek. Mozolnie nawijam podjazdy
czeskich wyżyn, a upał nie pomaga. Chmury na horyzoncie dalej trochę niepokoją.
Dowlekam się do Frydka, i tu robię zakupy w Tesco. Czechy, niby bliski Słowacji
kraj ale jakże inny jest ten świat. O wiele ładniejsze, bogatsze, bardziej kolorowe
i zadbane są te miasteczka, wsie, domy, ławki, przystanki, chodniki, parki, i
ogólnie cała przestrzeń publiczna. Mniej śmieci i syfu, drogi z reguły gładkie
jak stół. Nawet takie Frydecko-Misteckie blokowisko ma jakiś tam swój urok,
jest ład, porządek, zieleń i wesołe kolory. Coś tam dychnąłem w cieniu, i
ruszam dalej. Przez park i kolejowe tereny opuszczam Frydek, następny
check-point: Pribor. Jadę teraz serwisówką wzdłuż autostrady, która wije się
wzdłuż niej to prawą, to znowu lewą stroną. I zalicza wszystkie możliwe hopki wokół :) A autostrada w dole, gładka i prosta. W Priborze odwiedzam typowy ryneczek, jak to w typowym małym czeskim miasteczku. I wciągam porządnego kebsa
– tego mi było trzeba :) Droga na Nowy Jiczyn to dalszy ciąg tych hopek wzdłuż
autostrady. Nowy Jiczyn to również typowe małe czeskie miasteczko, z podobnym
zadbanym ryneczkiem i kamienicami. (A może w Jiczynie był ten kebs? Ciężko
spamiętać). Za Nowy Jiczynem jest Stary Jiczyn. Za nim zaś do zaliczenia
kolejny znaczący podjazd, z charakterystycznym pałacykiem-nie pałacykiem na
szczycie. Znam dobrze tą drogę, jechałem tędy wiele razy, na Pragę, Brno, czy
na Ołomuniec. Zbliża się wieczór. Słońce zasnuwa się chmurami, gdzieś tam hen
na horyzoncie ewidentnie pada. Świadczą o tym niewielkie smugi opadowe na
niebie. Ale patrzę na radary pogodowe, i tu gdzie jadę jest czysto. Zachód
Słońca dość malowniczy – jego pomarańczowa tarcza wyłania się spod ciemnych
chmur i za chwilę znika za horyzontem bezkresu czeskich wyżyn. Na dobrze mi
znanym rozstaju dróg z krzyżem skręcam jak zawsze w prawo. W Belotinie obieram
zaś główniejszą drogę, nr 47, i docieram nią do Hranic, już nocą. Rundka przez
starówkę, jest tu charakterystyczna rozświetlona wieżą, dobrze ją pamiętam. Zaraz
potem Lipnik nad Becvou, i Prerov, nic z tych miasteczek już zapamiętałem. Cała
ta nocna jazda zlewa mi się w jedna całość, a jedno miasteczko podobne do
drugiego. Podejmuję też decyzję o zmianie, tj. skróceniu trasy. Idzie tak wolno
że misternie zaplanowany plan nie ma sensu. Pierwotnie bowiem chciałem ominąć
Brno od południa, i do Austrii wjechać przez Laa an der Thaya. Pojechać trochę nowymi,
niejechanymi jeszcze czeskimi/austriackimi drogami. Zamiast tego polecę prosto
na Brzecław. A kilometrów i tak jak zwykle nabijam więcej po drodze. I tak samo
do Wiednia wyjdzie pewnie 350. Przez to całe Laa an der Thaya byłoby pewnie pod
400… Zmieniam zatem drogę z 47ki na 55kę. Z plusów koniec ciągłego sprawdzania
map, tą 55ką dociągnę już do samego Brzecławia, czyli pod austriacką granicę :)
Nocna jazda przez Czechy jest niesamowita. Noc jest ciepła. Żniwa w pełni,
ogromne rozświetlone kombajny zjadają zboże hektar po hektarze. Towarzyszy temu
niezwykle przyjemny zbożowy zapach, nie sposób go opisać. Kolumny kombajnów i
traktorów z przyczepami śmigają też jeden za drugim po drodze, transportowane pod
osłoną nocy z pola na pole. Powoli kończy mi się jedzenie a wody już to nie mam
w ogóle. Uratowała mnie całodobowa stacja benzynowa, nie tak częste zjawisko w
Czechach. Świt wita mnie w Otrokovicach. To już trochę większe miasto, z wielką fabryką opon Continental na przedmieściach. Wstaje kolejny piękny dzień. Z
plusów to skończyły się pagórki, południe Czech jest bardziej płaskie. Z
minusów jestem coraz bardziej głodny. Chodzi mi po głowie jakiś McDonald. Oraz
minus jest też taki, że zaczynam się zacierać… Dokładnie to pachwiny.
Poskąpiłem Sudocremu i mam efekty. Teraz nadrabiam zaległości w smarowaniu, ale
to już nie to samo, dalej trochę boli. Lepiej zapobiegać niż leczyć. Kunovice.
Jest McDonald! Ale otwarty od 7mej… A jest 6.45. Myślę sobie poczekam. Wybija
jednak 7 godzina a im powoli coś idzie otwieranie tego przybytku… Srał ich
pies, jadę głodny dalej. W tych okolicach są też piękne asfaltowe trasy
rowerowe. Z tym że są one zawsze kawałek od szosy, pośród pól i zbóż. Nie
bardzo chce mi się szukać wjazdu na nie, stąd za wiela z nich nie skorzystałem. Veseli nad Moravou. Tu na pewno coś zjem. Albo i nie. Pokręciłem się po mieście
i nie znalazłem jednak żadnego otwartego kebsa/bistro... Albo jakieś
restauracje, gdzie trzeba wchodzić do środka (a ja brudny i śmierdzący), albo kebab ale jeszcze zamknięty…
Można by coś suchego kupić w sklepie ale ja uparłem się na ciepły posiłek.
Wkurwiony i głodny jadę dalej. Mapy Google pozbawiają mnie złudzeń. Czeskie
zadupia to czeskie zadupia. Przed granicą żadnego McDonalda już nie będzie. Ale
jest KFC w Brzecławiu! I ten KFC mi już tylko siedzi w głowie… Ciągnę głodny i
spragniony resztkami sił przez spaloną Słońcem czeską patelnię. Hodonin mijam
tranzytem, nie mają KFC ani McDonalda. Cel to KFC w Brzecławiu.
„MAMY MOMENTALNE ZAVRENO DO 15.30” (mamy chwilowo zamknięte do 15.30).
Taka karteczka na drzwiach. No kurwa szlag mnie trafi… Jest
14ta dopiero. Obok jest Tesco, zrobię przynajmniej zakupy. Znajduję wreszcie w
mieście otwartego kebsa i zaspokajam głód. Mijam zakłady przemysłowe i kieruję
się do Austriackiej granicy. Do opuszczonych zabudowań dawnego przejścia
granicznego docieram o 15.30.
"REPUBLIK OSTERREICH"
Aj przypominają mi się chwile z 2019 roku, kiedy pierwszy
raz jechałem do Wiednia i dotarłem do Austriackiej granicy :) To było coś!
Kiedyś to było. Ale dziś też jest fajnie. Niefajna jest za to pogoda. Ale to
już też chyba taka tradycja, że w Austrii zawsze się kiepści pogoda i mi
dokuczają burze i wiatry. Otóż nad Austrią widzę zasnute ciemnymi chmurzyskami
niebo, a wiatr zaczyna duć prosto w ryj. Zerkam na radary pogodowe i już
wszystko jasne. Od Wiednia idzie burza. Prosto na mnie… Do Wiednia mam jakieś
80km. Co tu robić. No na razie jadę dalej, do pierwszego miasteczka, a potem
się zobaczy. Na razie burza jest jeszcze daleko. Więc walczę z tym wichrem i
ciągnę powoli do przodu. Krajobraz zadupi północnej Austrii jest bardzo
sielski. Jak okiem sięgnąć pola uprawne, częściowo już po żniwach. Gdzieniegdzie
małe zagajniki. I spośród tych pól wyrastające monumentalne wiatraki elektrowni
wiatrowych. Są wszędzie, jest ich mnóstwo, ich sylwetki towarzyszyć mi będą
przez wiele kilometrów. I te całe odludzia przecięte są jedną czarną nitką gładkiego
jak stół asfaltu. No nic tu nie ma poza tym. Żadnych zabudowań na horyzoncie. Nie
ma nawet wiat przystanków autobusowych, widocznie autobusy tu nie jeżdżą. Tak
że od jednej maleńkiej wioseczki z malutkimi domkami przy granicy, do kolejnej,
ciut większej, mam 10km. Grosskrut. Tu się zatrzymuję i badam sytuację. No wg
map burza niechybnie mnie dojedzie. Coraz mocniej dmucha, widać też pierwsze
pioruny. Do BullenDORFu 8km, mogę nie zdążyć. Pie*dole, nie będę jechał w
burzy. Znajduję bezpieczne schronienie pod jakimś urzędem gminy (?). Marian, tu
jest jakby luksusowo! Ławeczki, pitnik z ciepła (!) wodą, są nawet ogólnodostępne kibelki, ze
wszystkimi udogodnieniami :) No i czekam na to uderzenie burzy. Ale burza nie
nadchodzi. Pokropiło ino trochę. Burza skręciła na wchód, nad Słowację.
Straciłem prawie godzinę, ale kto mógł to przewidzieć. No to ciągnę dalej na
ten Wiedeń. Burza przeszła ale chmury zostały, takie deszczowe, i trochę
popaduje. I dalej wieje w twarz. Ogólnie ciężko, pagórki, wiatr, zmęczenie,
pachwiny otarte, jeden wielki kryzys. Z plusów to się ochłodziło. Napędza mnie już
głównie wizja zwiedzania Wiednia a nie mięśnie. Za HobersDORFem (same DORFY…
DORF DORF DORF) wjeżdżam na drogę nr 7. Jest to jakaś taka droga dla ruchu
lokalnego. Alternatywa dla tych co nie chcą lub nie mogą jechać równoległym
autobahnem nr A5. Czyli m.in. dla rowerków :) Podobnie jak w Czechach,
autostrada idzie gładko i prosto, a ta droga lokalna zalicza górki i pagórki
wokół, tak że jest co pedałować. Na tankstelli tankuję się jeszcze jednym
energolem, i łapię wiatr w żagle :) A i pogoda się poprawiła. Potężny zjazd przez
WolkersDORF i ostatnia prosta na Wiedeń :) W przerwie między lasami widzę już
czerwone światła drapaczy chmur, a kawałek dalej tablicę
"WIEN"
Ta sama tablica przy której tak się cieszyłem w 2019 roku,
gdy byłem tu po raz pierwszy. Wiedeń to też pierwsza zdobyta przeze mnie
zagraniczna stolica. Dochodzi 22ga. Bilet mam już kupiony na 6.10. Tak że 8h na
zwiedzanie mi zostaje. Trochu mało, liczyłem na więcej. Że zobaczę trochę
Wiednia za dnia też a nie tylko w nocy. No ale nie o to chodzi żeby króliczka
złapać tylko żeby go gonić, trzeba przyjechać tu jeszcze raz :) A na razie
ciągnę prosto, i prosto drogą nr 7 do centrum. Wiedeń jak to Wiedeń, cały w
tych zmyślnych ścieżkach rowerowych. Do tego prawie wszystkie ulice, chodniki
odlane solidnie z betonu, w mniejszości z asfaltu. Prawie zero kostki Dauna,
czy płyt chodnikowych. Automaty ze szlugami, czynne (!) budki telefoniczne,
stojaki z darmowymi gazetami, bardzo charakterystyczne jest to miasto. Zanim
zacznę właściwe zwiedzanie muszę coś zjeść. Zajeżdżam do kebaba, mówię łamanym
EN/DE co chcę kupić i czekam. I czekam. A ten turas każe mi czekać. Obsługuje
jakiegoś murzyna, potem innego ciapaka, a mój kebab gdzie?! To mi wygląda na
dyskryminację na tle rasowym. Na szczęście jeszcze nie zapłaciłem. Spierdalam
stąd. Jadę dalej głodny. Docieram mostem na długachną wyspę na Dunaju. Taką
pełną parków, zieleni, alejek itp. Akurat jest tu jakaś impreza, więc tłumy
ludzi. Z wyspy widaćdzielnicę drapaczy chmur, ale dziś tam niestety nie dotrę,
brak sił i czasu. Przejeżdżam innym mostem na drugi brzeg rzeki i widzę że
zaraz będę zwiedzał McDonalda. MNIAM :) Po posileniu się plan zwiedzania mam
mniej więcej taki, żeby pokręcić się po najbardziej zabytkowym centrum miasta.
INNERE STADT na mapie. Tak mi się wydaje, że to chyba to. Docieram do
przepotężnej katedry, więc chyba się nie mylę. To musi być zabytkowe centrum. Katedra
Św. Szczepana. Jest tak przeogromniasta, a plac wokół stosunkowo nieduży. Więc
pomimo wielu prób nie udaje się zrobić sensownej fotki. Pokręciłem się w kółko,
dotarłem do znanej mi już fontanny, niestety w nocy nieczynnej. No tak, przyjechałem
jak zwykle bez planu zwiedzania, więc w sumie największa atrakcja dziś to ta
katedra. Żadnych innych wielkich zabytków, symboli Wiednia dziś nie zobaczyłem.
Brak sił, brak czasu, brak planu, wszystko na wariata. Zobaczyłem jeszcze tylko
ogromnego platana :) Potem znowu pod te katedrę. Spróbować lepszych zdjęć ale
to bez sensu. Jest za duża. Poszwędałem się po parkach i krzakach, umyłem
mokrymi chustkami i przebrałem w czyste ubrania. Tak by w pociągu śmierdzieć
trochę mniej. Zrobiłem małe zakupy na stacji benzynowej z pieskiem (znany
piesek) i w sumie to by było na tyle. Pociągłem powoli w kierunku dworca WIEN HAUPTBAHNHOF. Zdecydowanie jeden z najbardziej imponujących dworców jakie
widziałem. 12 peronów. Bez problemu odnajduję właściwy i pakuję się do
właściwego pociągu. EC 106 odjazd 6.10. Jedzie przez Kato do Warszawy. Ja jednak
dojadę nim tylko do Bohumina w Czechach, pod polską granicą. A potem wrócę przez
Polskę dwoma regio. Bo tak mi wyszło lepiej ze względów
ekonomiczno-organizacyjnych (kupiłem przed trasą bilet bez opcji zwrotu, żeby w
razie czego nie stracić 240zł tylko 140zł). W pociągu deko się zdrzemnąłem i z
niewielkim opóźnieniem jestem w Boguminie. Mała rundka po mieście, i już czeka
na osobnym peronie regio Kolei Śląskich do Katowic. Pociąg pustawy, więc podróż
mija mi przyjemniej niż tym EC. Nad Śląskiem grzmi i kotłuje się, ale teraz to
już se może :) W Kato przesiadka na rozkopanym (?!) dworcu na kolejny regio do
Krakowa. A ten dworzec w Kato to przecież niedawno był robiony, znowu go
rozwalają?! W domu przed 16tą.
Udana wycieczka. Wiedeń wszedł ciężko, ale Wiedeń zawsze
ciężko wchodzi. Może trochę mało pozwiedzane ale to się jeszcze nadrobi :)
~7.30 (czw) - 15.50 (sb)
Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem
Koszyce
d a n e w y j a z d u
275.30 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Zdjęcie z Preszowa, bo z Koszyc nie mam żadnej fajnej fotki ;)
https://photos.app.goo.gl/SDWMPooKpBvX8bLKA
https://connect.garmin.com/app/activity/23484433379
https://connect.garmin.com/app/activity/23484446928
Nadszedł czas na kolejną szosową traskę. Ale jakoś tak
wymęczony jestem po ostatnich upałach, że raczej taka 2-dniowa wchodzi w grę,
niż 3-dniowa. Myślałem coś nad Czechami (Brno?) ale ostatecznie stanęło na
sprawdzonym kierunku – Słowacja, Koszyce :) Tym razem pogoda ma być normalna, tj. ludzkie
temperatury 20-25 stopni, brak burz, a opady możliwe tylko w niedzielę. Aby
urozmaicić sobie trochę jazdę przez Polskę, tym razem wystartuję z Tarnowa.
Także wstać musiałem o nieludzkiej, porze, wpół do piątej.
Regio do Tarnowa z Bieżanowa odjeżdża o 5.13. W pociągu wciągam kilka bułek. Z Tarnowa startuję o wpół do siódmej. Od razu kieruję się na wojewódzką 977, i
nią dotrę aż do Słowackiej granicy. Poranny chłód szybko ustępuje, i można
zdjąć kurtalon. Droga jest mocno pagórkowata, przecina bowiem pogórza i zalicza
różne przełęcze i wyżyny. Pod górę wtaczam się z wysiłkiem, za to zjazdy są
spektakularne, kilka razy zbliżam się do 70km/h :) Przez większość trasy
pomagał mi też będzie wiatr w plecy. Z miasteczek zaliczam Tuchów, a potem
wspinam się do centrum Ciężkowic, które usytuowane jest na górce, ponad główną
drogą. Z ciekawostek mijam Ciężkowickie Skamieniałe Miasto – rezerwat przyrody
z różnymi skalnymi tworami. Po kolejnym potężnym zjeździe docieram do większej mieściny – Gorlic. Zwiedzam przejazdem i dalej kieruję się 977 ku słowackiej
granicy. W czasie odpoczynku na przystanku, podbija do mnie miejscowy jegomość (z
Ropicy Górnej), i tu miłe zaskoczenie. Nie chce kasy, nie chce papierosa, nic
ode mnie nie chce :) Tzn. chce. Chce mi dać piwo :) Ja się wzbraniam, ale ostatecznie i
tak rozdziera ośmiopak i daje mi jednego Harnasia. Niby nic, jakieś tanie syfiaste
piwsko, ale taki miły gest przywraca wiarę w ludzi. Tymczasem zaczynam najcięższy
dziś podjazd – na przeł. Małastowską (604m n.p.m.). Ma tu ewidentnie miejsce jakiś amatorski wyścig
kolarski, gdyż z góry mija mnie kilkadziesiąt szosowców, z którymi wymieniam
pozdrowienia. Na szczycie przełęczy cmentarze wojenne, krzyże, kaplice, pełno tego w tych
okolicach. Wojny Polski nie szczędziły, a w tych okolicach rozegrało się wiele krwawych bitew. O tym że zbliżam się do granicy, świadczą
napisy z nazwami miejscowości w dwóch językach – w tym po Ukraińsku, cyrylicą.
W końcu jest i Konieczna, i opuszczone przejście graniczne. Kooolejny potężny
zjazd :) Docieram do drogi nr 77, która zaprowadzi mnie do Bardejowa. Pozwiedzałem przejazdem. Tak przyjemnie się leci z wiatrem w plecy, że
zapominam kupić coś do jedzenia, i dłuższy odcinek jadę na odcięciu. Na
Slovnafcie ratuję się jakąś bagietką, ale to oczywiście nie jest to. Myślami
jestem już w Preszowie, tam na pewno jest jakiś McDonald. Znam dobrze te
okolice. Wskakuję na znaną mi szeroką krajówkę, 18kę, mijam hangary lotniska i jest
Preszów. I drogowskazy na McDonalda :) Wciągam coś niezadrogiego, podładowuję
telefon, w Lidlu robię zaległe zakupy. Przejazdem małe zwiedzanko – w sumie to
co zawsze: starówka, wielki gmach jakiegoś Preszowskiego urzędu (foto tytułowe), kolejowe
obszary na południu, i wylot na Koszyce. Do Koszyc rzut beretem, ze 30km.
Kawałek główną drogą, numer 20, ale do Koszyc nią nie wjadę. Zmienia się ona
bowiem przed samym miastem w ekspresówkę. W Budzimirze trzeba skręcić w boczna
drogę w prawo, wspiąć się na wzgórza, i po drugiej stronie zjazd w dolinę rzeki
Hornad. Wzdłuż Hornadu wjeżdża się już do Koszyc. Na tych wzgórzach przed
Koszycami łapie mnie zmrok, tak że do miasta docieram przed 22gą. W planie jest
zwiedzanie miasta, i powrót pociągiem o świcie. Docieram na starówkę, na
charakterystyczny podłużny plac. Główną atrakcją jest tu ogromny gmach katedry Św. Elżbiety. Poza tym są tu też skwery, fontanny i inne pomniejsze zabytki. Mimo że jest noc sb/ndz
życie nocne w Koszycach jest raczej skromne, grzeczne i spokojne. Przypadkowo
dostrzegam McDonalda, i już wiem że kolejnym punktem zwiedzania będzie menu z
burgerami :) Posilony ruszam dalej. Nie mając pomysłu trafiam na znaną mi już alejkę rowerowo-pieszo-biegową na południe, wzdłuż Hornadu. Kiedyś dotarłem nią
do zalewu na południowych przedmieściach Koszyc, ale dziś w nocy chyba nie ma
to sensu. Tak że zawracam i do centrum wracam kręcąc się po osiedlach,
blokowiskach. Trafiam w jakiś ślepy zaułek, chodzik kończący się w chaszczach i
krzaczorach i muszę zawracać. Znów trafiam na starówkę. Chwilę usiadłem na
ławce i już jakiś cygan się przypierdolił do mnie i chciał pieniędzy… To jest
prawdziwa zaraza te dziady ciemne, największy problem Słowacji chyba… Tak
patrzę na rozkłady pociągów, i wychodzi mi że trzeba wracać pierwszym jaki
jest, o 4.43. Bo dojadę nim tylko do Lipian, stamtąd 20km do Leluchowa, i
kolejne 10km do Muszyny, i stamtąd kolejny pociąg/pociągi do Tarnowa/Krakowa. Bliżej, jak te Lipiany, polskiej
granicy nic nie jeździ. A kiedyś jeździło, nawet do Muszyny chyba dało się
dojechać bezpośrednio z Koszyc. A pogoda w niedzielę ma być niepewna,
możliwe opady deszczu. Tak że wsiadam w ten pierwszy vlak o 4.43. Bilet 5 EUR. W
Lipianach o 6 rano. Pogoda póki co rześka i słoneczna :) Ale to się zmieni. Po
chwili niebo zasnuwa się chmurami i zaczyna kropić. Tak że ciągnę ile sił w
nogach na przełęcz. A potem siup w dół, przez Lubotin, Circ, na Leluchów.
Przestaje kropić. Docieram do ogromnej stalowej wiaty dawnego przejścia granicznego. 2
lata temu uratowała mi tyłek – schroniłem się tu przed wielką burzą i
gradobiciem :) Dziś nie ma takiej potrzeby. Jest pochmurno, deszcz wisi w
powietrzu, ale ryzyko burzy żadne. Pozostaje dociągnąć ostatni odcinek
Leluchów-Muszyna, ok. 10km fajnej bocznej drogi wzdłuż rzeki. Mocno rozkopaana,
ruch wahadłowy, światła, ale ja nie zwracam na to uwagi bo ruch jest żaden.
Jest całkiem chłodno, 11 stopni na liczniku! W Muszynie o wpół do dziewiątej.
Wypada coś przekąsić i obadać pociąg. Z jedzenia niestety nici, o tej porze w
niedzielę wszystko pozamykane, nawet Żabka… W dodatku zaczyna lać, w ostatniej
chwili wpadam pod wiatę na peronie. O 9.25 najbliższy Regio do Tarnowa. Kupuję
bilet przez neta i pakuję się. Pociąg wlecze się do Tarnowa 3 godziny. Ale to
dobrze, można podziwiać góry i widoki za oknem. W Tarnowie godzina przerwy,
muszę coś zjeść. Wciągam hot-dogi w Żabce. Do Krk wróce ICekiem. Ten dla
odmiany jedzie dość szybko, coś koło 45-50 minut, Vmax 150km/h :) Wysiadam na
Głównym, a nie w Płaszowie, żeby dokręcić jeszcze 10km w drodze do domu.
Udana wycieczka, Koszyce zawsze spoko. Taka pośredniej
długości, 1,5-dniowa, nie samym Budapesztem czy Balatonem człowiek zżyje. Choć
i tam trzeba się wybrać w tym roku, tylko muszę zebrać siły i wstrzelić się w
odpowiednie okienko pogodowe.
4.40 (sb) - 15.40 (ndz)
Kategoria > km 250-299, Powrót pociągiem
Szczyt lipiec (zbiorówka)
d a n e w y j a z d u
0.00 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt
Stan na 23.07: 965,8km, będzie więcej.
1.07 88,5km Ostatni dzień upałów, na koniec dnia na Kraków szły mega burze, ale ostatecznie front rozdzielił się na dwie części, i ominął Krk z zachodu i ze wschodu. W mieście tylko parę kropel spadło, poza tym tylko groźne chmurzyska. Uber Eats, ciągle fajne, upalne stawki a nawet jakiś quest.
2.07 74,1km Ochłodzenie do 20 stopni :C Uber.
6.07 97,1km Dalej chłodno, U/S, wycieczki do Wieliczki i Tyńca, powrót na kapciu.
7.07 64,7km Dniówka na Uber na dwie raty: wyruszyłem, zrobiłem kursa do Wieliczki, zaczęło padać, wróciłem do domu, i potem poszłem drugi raz. Lunęło drugi raz :) A potem wypogodziło się. Fajny kurs za 80,- na koniec.
8.07 66,9km Lipcopad ciąg dalszy :( Chyba mniej niż 20 stopni, przynajmniej nie pada. No nie kleiła się dziś robota.
9.07 46,9km Wrzesień w lipcu :C Znowu coś niecoś na Uber.
10.07 80,4km Pogoda j.w. dniówka OK, oczywiście Uber, jakoś ciężko mi się przestawić na inne apki.
11.07 66,5km Lajtowa, ulgowa dniówka na Uber, no ale kiedy lato?
12.07 39,4km popołudniowa półdniówka na Uber. Znów deszcze niespokojne i chłodno, do tego gleba na krawężniku...
13.07 69,1km c.d przelotnych burzy, dniówka na Uber. Zauważyłem na 99% pęknięcie na ramie (Accent Peak). Szybko poszło, jakieś 5tys km :D Tym razem też na węźle podsiodłowym, ale od spodu górnej rury. Czy to zasługa wczorajszej gleby? Nie wiem, po prostu dziś tą ramę dokładnie obejrzałem. Nawet jeśli to zasługa gleby, to to była śmieszna gleba, i rama MTB nie ma prawa pęknąć od czegoś takiego. No nic, na razie jeżdżę obserwuję. Może dociągnę na tym do jesieni i na spokojnie wtedy rozbiorę i oddam na reklamację.
14.07 69,5km Wreszcie wraca letnie ciepło. Ale ciągle mocno burzowo, szło coś na Kraków ale ominęło. Uber. Muszę wreszcie coś pośmigać na innych apkach żeby mi kont nie zamknęłi...
20.07 62,6km Dziś dniówka na Uber. Ale wydałem więcej niż zarobiłem ;) Najpierw poszły jedna po drugiej dwie dętki (na tyle). No chuj mnie strzeli, trzeba wymienić te opony bo zbankrutuję na dętkach. W oponach nawbijane setki małych szkiełek, ziarenek piasku, pełno przecięć, nacięć, dziurek itp. Po pierwszym kapciu dymałem z buta z dostawą w plecaku 500m, a po drugim już 2km... Tak że obrałem kierunek na Auchan Bonarka, i za kwotę circa 140zł nabyłem dwie opony z Chińskiej Republiki Ludowej marki CHUJO JANG z metką polskiej chyba marki PROFEX (700x40) oraz dwie dętki takiej samej marki. Usiadłem przed galerią, i na szybkości, w jakieś 40 minut wymieniłem wszystko i pojechałem dalej na lśniących nowością chińskich oponkach :) Zobaczymy ile wytrzymają te CHUJO JANGI, ale powinny być dobre bo widzę że kurierzy na elektrycznych motorkach na takich śmigają :)
21.07 75,8km Znów mało zarobiłem, tym razem padł prawie nowy powerbank. Wytrzymał z 1,5 mies. Kupiłem kabel w Lidlu i podładowałem się na przystanku autobusowym, przy niektórych wyświetlaczach są tam porty USB do darmowego ładowania.
22.07 64,3km Dziś też bez kokosów, bo zachciało mi się testować inne apki (Glovo i Wolt). Posucha taka że szkoda to włączać, trzeba rznąć dalej na Uber. Ale z drugiej strony muszę też czasem jakiś kursik na czymś innym zrobić, żeby mi nie zablokowali kont. Może przyjąć sobie postanowienie, że każdego dnia jeden z kurs z innej apki, a reszta Uber?
Kategoria Zbiorówka :(
Mega upalna przejażdżka :D
d a n e w y j a z d u
70.70 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:37.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Krakowski Balaton, tj. Kryspinów ;)
https://connect.garmin.com/app/activity/23446576129
https://photos.app.goo.gl/wcppxmk2LvFRRATaA
Tak więc mamy ten dzień, pierwszy dzień rekordowego upału :)
W Krk będzie dziś 38 stopni, a maxy w Polsce 39 a nawet i 40! Trochę zmęczony
po wczorajszem, startuję koło południa. Planem na dziś jest brak planu, tak się
poszwędać tu i tam i nie zejść na zawał. Bo na maratonie MTB w Markach dwóch
kolarzy dziś wyzionęło ducha… Staram się jechać cieniem, parkami, alejami, a
potem Młynówką Królewską. To niezwykły krakowski park, poprowadzony wzdłuż
koryta dawnego potoku (o takiej samej nazwie) który liczy 8km długości (!). I
cały czas cieniem można jechać. Docieram nim do Mydlnik, no i tu już trzeba
wyjechać na patelnię. Ale nie ma tragedii nawet. Myślę żeby wykąpać się w
Kryspinowie, lub raczej w mniejszym zalewie obok, w Cholerzynie. Mam
kąpielówki. Ogravelowałem na szosówce terenowe wertepy wokół Kryspinowa, i jadę
niby nad ten drugi zalew. Ale tłumy takie że odpuszczam. To nie dla mnie. Do
tego bilety po 15-20zł czy coś… Tyle to się płaci nad Balatonem. Nie mając
pomysłu pojechałem nad Wisłę, obejrzeć klasztor z drugiej strony rzeki, oraz poleżeć
w trawie w cieniu i odpocząć. Wpadłem na pomysł że sprawdzę kondycję na
podjeździe pod kopiec, w Lesie Wolskim. Poszedłem tam w trupa, sapiąc jak
lokomotywa osiągnąłem puls 172 :) Dobry wynik. Potem dłuższą chwilę wracałem do
świata żywych na polanie pod kopcem. Plusem takiego upału jest że przepocone
ubrania schną w oczach. Gdy upał jest mniejszy, schną dłużej. Tu wpadłem też na
pomysł że spróbuję kąpieli w Bagrach, niedaleko domu. Pierwszy raz w życiu ;)
Tak też zrobiłem, powoli potoczyłem się w stronę domu. Tam oczywiście za dnia też były
tłumy, ale wieczorem ludzie już powoli zbierają się na chatę. O 21.30 nie było już tłoku,
a woda ciągle przyjemnie ciepła :) Bez potrzeby adaptacji, można wskakiwać od
razu. Udana to była wycieczka :) Kocham lato, kocham upały :) Choć zdaję sobie
sprawę że dla części ludzi są ciężkie do przetrwania, ale ja akurat jestem jak
wielbłąd :)
Kategoria > km 050-099
Turrrbacz :)
d a n e w y j a z d u
170.90 km
27.50 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:32.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt

https://photos.app.goo.gl/A3qEJXinZfYWRRrs5
https://connect.garmin.com/app/activity/23406248710
Do trzech razy sztuka :) Dziś zdobyłem Turrrrbacz. Nauczony
doświadczeniem że wyjazdy w góry o 7 rano nie mają sensu, bo już wtedy jest
upał, dziś wystartowałem zaraz po 5tej.
I tak jest gorąco :) Do Polski zmierza właśnie potężna fala
upałów, maxy mają być pod 40 stopni! A dziś jest jej początek, ze 30-33 ma być na południu kraju, z tym że
w górach oczywiście chłodniej. Tonę we własnym pocie, wypijam kolejne litry
płynów, i jakoś ciągnę powoli asfaltem przez Dobczyce, Kasinę, Mszanę. Po
drodze do wciągnięcia 3 przełęcze: Wierz banowska, zaraz obok Wielkie Drogi
oraz ostatni wspin na przeł. Przysłop Lubomierski, skąd wjeżdża się już na Gorczańskie szlaki. No tu to już w ogóle
patelnia, odpoczywam kilka razy żeby nie wyzionąć ducha. Napędza mnie wizja chłodu górskiego strumienia
oraz cienia iglastego lasu. W zasadzie pierwotny plan był taki, że z Lubomierza
chciałem wjechać (raczej wepchać) rower niebieskim szlakiem na Gorc, a potem grzbietem, zielonym
szlakiem, grzbietem kierunek Turbacz. Z tym że ten plan był zbyt ambitny. Wybieram
łatwiejszy, znany mi już wariant: z Lubomierza czerwonym szlakiem rowerowym na
pol. Jaworzynę Kamienicką, skąd już rzut beretem na Turbacz. Spory kawałek
wjeżdża się wgłąb Gorczańskich kniei asfaltową
alejką wzdłuż potoku. O tak, chłód od potoku
bije bardzo przyjemny :) Cała dolina tonie w
łopianach, i w cieniu ogromnych
świerków/jodeł. Mam zapas 2,5l wody także przygotowany jestem dobrze :) Kawałek
dalej zaczyna się terenowy szlak. Choć teren jest to (jak na Beskidy) bardzo
lekki – ubita, lekko kamienista
droga, która łagodnie trawersuje zbocza gór i
stopniowo nabiera wysokości. Podjeżdżalne w 100%, nawet dla dziecka, tyle że męczące. Droga
ciągnie się i ciągnie, zalicza kilka serpentyn ponad głębokim parowem potoku.
Ruch nawet jakiś jest, mijam kilku turystów, jednego e-bike’a, oraz 2
terenówki. W końcu las
przerzedza się, to znak że do szczytowych partii gór już
niedaleko. Pojawiają się widoki (m.in. na Gorc, na który chciałem jechać), i
zaczynają rozległe, porośnięte bezkresnymi
borowinami polany, spośród których sterczą samotne kikuty martwych drzew. Docieram do charakterystycznego miejsca. Jeszcze 2 lata temu droga tutaj kończyła się ślepo, a w lewo szła ledwie widoczna zielona ścieżka przez polanę. Ale zaraz, zaraz, coś tu się pozmieniało. Przedłużyli tą drogę, tj. wysypali kamieniami i ma ona dalszy swój bieg stromo pod górę, po polanie. No i dalej dało by się jechać, z tym że jest taki upał a mnie tak brakuje sił.
Więc wypycham tylko rower z mozołem, odpoczywając co chwila. Byle uciec z tej piekielnej łąki, byle do lasu. A całe to piękne miejsce to polana Jaworzyna Kamienicka. Jest też więc i słynna
Kapliczka Bulandy, i rozległe widoki na morze gór :) Kilka fotek i chowam się szybko w cieniu lasu. Obieram zielony->czerwony szlak na polanę Długą i dalej na schronisko pod Turbaczem. Wg. drogowskazów 45minut marszu. Rowerem z 15 minut
:) Trochę łomotu po szlaku wyłożonym
kłodami, i już jestem na wielkiej polanie, a na drugim jej końcu widać już okazały budynek schroniska pod
Turbaczem. Widać też panoramę Tatr, a ponad nią coraz mniej ciekawie
wyglądające chmury, w tym jeden wielki wysoki biały grzyb. Z którego może być
(ale nie musi) potem burza ;) W schronisku ludzi kupa, w tym circa 7 rowerzystów. Ja chyba jestem jedynym przedstawicielem tradycyjnej, nieelektrycznej szkoły MTB ;) Reszta
to elektryczne motorki a nie rowery. Wciągam naleśniki oraz piwo. 48zł :D Jakby coś większego zjeść i deser to można bez problemu ze stówy wyskoczyć :D No ale
nic, nie jem przecież tu codziennie obiadu, czasem można sobie pozwolić. Tymczasem chmurzastych grzybów nad Tatrami jest już kilka :) Kilka fotek, i siup na ścieżkę, na
czerwony szlak na sam szczyt Turbacza. Tzn. ścieżka to tu była kiedyś, rok temu
rozorali ją i jest teraz szeroka droga pełna głazów i korzeni. Podjeżdżalne w 99%, zjeżdżalne w 100%. Jednego
progu z korzeni nie umiem bowiem podjechać. Mała sesja foto, i w dół pod schronisko. Plan na zjazd jest
najfajniejszy możliwy tzn. czerwonym do Rabki. Jak dla mnie flow nie z tej
ziemi – idealny poziom trudności, albo raczej łatwości. Trochę kamieni oraz
korzeni oczywiście jest, ale zjeżdżalne dla mnie w 95%. Dwa odcinki pod
Turbaczem wolę sprowadzić. Do tego szlak jest już dobrze wyprażony upałami, błota prawie
brak, czyli też tak jak lubię. Po drodze międzylądowanie na Starych Wierchach,
i tu też tankowanie – drugie piwko. Zaraz potem jest Maciejowa, i kolejne
trzecie schronisko. Nie piłem tu nigdy piwa, ale dziś chyba odpuszczę, bo trzy
to za dużo, trzeba wszak wracać asfaltem do domu. Na Maciejowej widzę też coraz
rzadszy w górach widok, tj. dwa tradycyjne fulle, bez elektryki. Ogólnie dziś w Gorcach rowery nieelektryczne policzyć można było na palcach jednej ręki. I to włącznie
z moim rowerem. Odcinek z Maciejowej do Rabki to już lot a nie zjazd, bardzo łatwy i szybki odcinek. W Rabce chillout w parku, jakieś koncerty i śpiewy góralskie. Dobijam
trochę atmosfer w oponki, wciągam cheeseburgera w moim ulubionym bistro na
dworcu. I stąd mam jakieś 65km asfaltu do domu. W dół do Mszany, potem mozolne
kręcenie pod górę na przeł. Wielkie Drogi/Wierzbanowską. Tam podejmuję jedyną
słuszną decyzję, i ściągam koszulkę. Zjazd 65km/h z gołą klatą jest bardzo orzeźwiający :) W Dobczycach ładuję się jeszcze energolem i batonami, i
resztkami sił ciągnę hopki do Wieliczki. Ostatni zjazd do Wieliczki znów 60+
km/h :) Do domu dowlokłem się o 1.30. Burzy jednak nie było.
Udana wycieczka, Turbacz zawsze spoko :) A jutro tropikalny
żar wleje się do Polski, już nie mogę się doczekać :) Ale raczej jakaś taka
przejażdżka będzie tylko po okolicy. Nie podejmuję się jazdy po górach w 40 stopniach ;)
5.10 - 1.30
Kategoria > km 150-199, Terenowo
Góreczki koło Rabeczki
d a n e w y j a z d u
137.92 km
5.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:27.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt

https://photos.app.goo.gl/WJ1eNGtQLguRUpfFA
https://connect.garmin.com/app/activity/23330081733
https://connect.garmin.com/app/activity/23344926797
Po dniu przerwy znów wyruszyłem na górskie szlaki, z myślą
zdobycia wielkich szczytów ;) Ale po kolei. Nietypowo obudziła mnie poranna
burza O.o No nic przeczekałem, wyjechałem godzinkę później, o 7.30, gdy drogi
trochę podeschły. Jadę na Wieliczkę, ale chmury coś nie chcą przechodzić.
Ciągle coś się kotłuje. Patrzę na radary burzowe, i wychodzi mi że żadna burza mnie nie
goni, tylko to ja gonię burzę. Więc nie jadę zbyt szybko, odpoczywam i wciągam bułki, aby jej nie dogonić ;) A jadę standard, na Dobczyce, Wiśniową, Kasinę,
Mszanę. Myślę to o Turbaczu, to o Starych Wierchach, albo chociaż Maciejowej? Zobaczymy co z
tego wyniknie, ale sukcesów wielkich się nie spodziewam. Tymczasem mijam ślady burzy: rwącą rzekę, zalane rowy, połamane gałęzie oraz kamienie i błoto, naniesione na
szosę z górskich dróg. Okoliczni mieszkańcy jak i strażacy OSP wspólnymi siłami porządkują cały ten bałagan. W okolicy przełęczy Wielkie Drogi odwiedzam dawno nieodwiedzany pomnik. Jest to prawdziwa ciekawostka. Pomnik upamiętnia bitwę z września '39 roku, a do jego budowy wykorzystano wieżę niewielkiego czołgu Vickers, który tu walczył w obronie przed Niemcami: LINK
Pogoda taka se. Porno i
dusno. To chmury, to znów Słonko. Burza wisi w powietrzu, tak czuję. Tak więc
dociągam do Rabki Zaryte, i tu postanawiam obadać niebieski szlak do centrum Rabki, chyba
nim jeszcze nie jechałem (ale kto to wie, kto to spamięta?). Po drodze są dwa szczyty do zaliczenia: Grzebień
(679) oraz Bania (609).
[ Wtedy wydawało mi się że to nowości, że jeszcze nie byłem, i wpadną mi do
tabelki ze szczytami po prawej. Po powrocie do domu jednak okazało się, że mam jej już
zdobyte ;) ]
Szlak z początku przejezdny, potem staje się jednak wąską ścieżką w lesie. Coś
tam ujechać by się dało, ale strach. Po lewej bardzo stroma skarpa, opadająca do
doliny potoku. Tak więc raczej prowadzonko. Zgodnie z oczekiwaniami w końcu
wyjeżdżam jednak na rozległą polanę. Porośnięta młodymi dębami oraz chyba
jakimiś drzewkami owocowymi (stary sad?). Rozpościerają się z niej kapitalne widoki na Luboń
Wielki, oraz morze innych gór. Aby zdobyć dwa wspomniane szczyty, Grzebień i Banię, trzeba
zboczyć trochę ze szlaku. Grzebień to najpierw bardzo stromy wypych, a potem w
miarę płaska jazda na szczyt. Szybka fota, i lecę nazad po śladzie. Bo pogoda się psuje! Karkołomne znoszenie roweru z powrotem na polanę. Mijam stado owiec,
pasterza mówiącego w dziwnym języku, i po pewnym błądzeniu obieram leśną drogę na
szczyt Bani. Raz, dwa, fotka tabliczki, i z górki na pazurki, do Rabki. Zdążam jakieś 5
minut przed ulewą :) Przeczekuję ją na dworcu. Wciągam też niedrogiego cheeseburgera w moim
ulubionym dworcowym bistro. Gdy rozpogadza się nieco, ruszam w drogę powrotną. W zasadzie
po śladzie, Mszana, Kasina, Wiśniowa, Dobczyce. Już bez pogodowych ekstremów.
Sprawnie toczę się do Krakowa. W Kasinie szybkie wspomaganie w Żabce. Pomimo że
jakichś niesamowitych szczytów dziś nie zdobyłem, to i tak było fajnie :)
7.25 - 00.15
Kategoria > km 100-149, Terenowo
Upalna przejażdżka
d a n e w y j a z d u
48.70 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:30.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/By546b8iFvAQXspNA
Plany były ambitniejsze, ale wyszła tylko taka przejażdżka tylko po mieście, muszę odpocząć. Zobaczyłem Zakrzówek z zamkniętymi, zarośniętymi glonami basenami oraz wieczorem Wianki w mieście. Ale to już chyba nie te wianki co kiedyś...
Kategoria > km 010-049
Liznąć Gorców
d a n e w y j a z d u
158.88 km
11.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:27.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt

https://photos.app.goo.gl/av7xZUMoQ3AJifzw8
https://connect.garmin.com/app/activity/23310763991
Tak więc nadszedł ten dzień, gdy trzeba pierwszy raz
zaatakować góry, góry w sensie MTB. Wzuwam Peakowi terenowe 2,25" laczki, i startuję
6.45. No ale gdzie tu jechać? Od razu Turbacz? Czy może łagodniej,
Wierzbanowska Góra + Lubomir na rozgrzewkę? Wyjdzie w praniu. Na razie mozolnie
nawijam asfalt wojewódzkiej szosy, najdalej na przeł. Wielkie Drogi będę mógł
podjąć decyzję. Jest porno i dusno. Ale nie ma całkowitej patelni, bo niebo
zasnute jest chmurami. Takimi potencjalnie burzowymi chmurami. Jakże zmienił
się spokojny i sielski krajobraz w okolicach Kasiny, Mszany, Rabki. Teraz to
jeden wielki plac budowy. Potężny ruch ciężarowy, tumany kurzu. Stosy betonowych podkładów kolejowych. Budują nową
linię kolejową. To dobrze. Za kilka lat nie będę musiał dymać asfaltem w góry,
tylko sobie podjadę pociągiem np. do Mszany i od razu wskoczę na szlak :) W międzyczasie
podejmuję decyzję, że zaatakuję Stare Wierchy, od strony Olszówki. A potem się zobaczy. I tak też
robię, wciągam szybką zapiekanę w Mszanie, a Rabie Niżnej odbijam na Olszówkę.
Droga przez wieś pnie się do góry. Wieś kończy się, a stromizna narasta. Do
tego pełna patelnia, tak że ledwo dycham. W końcu jestem jednak w miejscu gdzie
wjeżdża się na zielony szlak. Ten jest bardzo przyjemny, w cieniu lasu i
chłodzie strumienia zupełnie inna jazda. Zielony to taki tylko łącznik. Dobijam
nim do głównego czerwonego, i stąd już fajna droga na Stare Wierchy. Ilość
błota większa niż zwykle, no kapryśne to lato mamy. Na Starych Wierchach już
wiem że pass. Turbacz to nie dzisiaj. Jest już po 15tej, do tego mnóstwo chmur,
nie chcę ryzykować burzy na szlaku. Tak że wciągam tylko zimne piwko, i szukam
na mapie szlaku na powrót. Z tym piwkiem na Starych Wierchach to też jest
ciekawa sprawa ;) Pani nalewa je z takiego typowego barowergo nalewaka, no i jak to zwykle bywa robi się
piana. Rzecz normalna. Ale nienormalne jest to, że Pani tą pianę z wierzchu wybiera
łyżką do garnuszka, a dolewa płynu (piwa) po brzegi :D Z jednej strony
dobrze, bo więcej piwa się dostaje. Z drugiej strony jest to chyba niezgodne ze
sztuką. Z trzeciej strony, ciekawe co Pani robi z tą pianą w garnuszku, która
powoli zmienia się w płyn. Dolewa z powrotem do kega? Mniejsza jednak o to,
piwo w górach zawsze smakuje lepiej niż domu, choćby było i bez piany. Tymczasem
stanęło na tym, że zjazd odbędzie się szlakiem niebieskim, na Obidową, do
starej zakopianki. No tu błotka jeszcze więcej :) Ale sam szlak jak dla mnie to
5km przyjemności, płasko lub łagodnie w dół po niezbyt dużych kamolach. Raz dwa
zlatuję nim na Obidową, pod stację benzynową. Zaraz będzie atrakcja innego rodzaju
:) Stromy (15-20%) zjazd asfaltem do Rabki :) Przy 60km/h można fajnie
odwirować błoto z kół :) Tak że do Rabki to właściwie się teleportuję. Jakieś
tam lody, coś tam w Żabce, i zbieram się w drogę powrotną. A zamiast po raz
setny jechać na Mszanę, Kasinę, Dobczyce, dziś wrócę starą Zakopianką. Po
zbudowaniu równoległej ekspresówki, ze starej szosy zrobiła się fajna na rower
droga ruchu lokalnego. Najpierw wspinam się na zbocze Lubonia (ekspresówka idzie pod spodem, słynnym tunelem), a potem znowu
kolejny szybki zjazd aż do Lubnia. No efektownie wyglądają te potężne estakady nowej Zakopianki. Z Lubnia do Myślenic droga już prosta, i płaska
- serwisówka. W Myślenicach jakaś tam impreza (Dni Myślenic), szybka pizza w
Żabce, i do domu, po pogórkach Pogórza Wielickiego. Na szybkich zjazdach odrobina
orzeźwienia po tym upalnym dniu. Turbacza co prawda nie zdobyłem, ale i na niego przyjdzie czas. Udana wycieczka.
6.45 - 00.30
Kategoria Terenowo, > km 150-199
Bratysława na rozgrzewkę :)
d a n e w y j a z d u
410.00 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/YbrPpMeaYi6bmxgK6
https://connect.garmin.com/app/activity/23158803911
https://connect.garmin.com/app/activity/23158805639
https://connect.garmin.com/app/activity/23158827131
(ślad poszatkowany, do tego dochodzi 2x +10km na/z dworca w Krk)
Nadchodzi wreszcie weekend z jako taką pogodą, czas zatem na
jakąś dłuższą wycieczkę. Wahałem się między MTB (Turrrbacz?) a szosą (Bratysława?
Koszyce?). Miały być jakieś przelotne deszcze/burze, stanęło zatem na opcji nr
2. Nie lubię deszczu na górskim szlaku. A burzy to już się boję wysoko w
górach.
Do New Targu podjadę pociągiem. Oranie po raz setny odcinka
Krk – New Targ jest bowiem niecelowe. Wolę zaoszczędzone czas, siły i energię
spożytkować na zwiedzanie Bratysławy :) Spodziewając się tłumów w pociągu, wsiądę
na pierwszej stacji skąd odjeżdża pociąg, tj. Krk Główny, choć bliżej mam do
stacji Krk Zabłocie. Okazało się to jednak niepotrzebne, pociąg jest mało
zapełniony. Podróż mija wolno i przyjemnie ;) Wolno bo to regio, więc sunie jak
tramwaj od przystanku do przystanku. A przyjemnie, bo podróż starym „kiblem”
jest atrakcją samą w sobie :) W New Targu jestem po 3 godzinach, tj. przed
11tą. Jest pochmurno. Do tego porno i dusno. Ale nie pada – to najważniejsze. Bez
problemu trafiam na moją ulubioną trasę rowerową do Trzciany (SK). Wiedzie ona
szlakiem dawnej linii kolejowej, więc jest łagodnie wyprofilowana, i przejeżdża
się przez wiele dawnych kolejowych wiaduktów oraz mostów. Po prawej super
widoki na Królową Beskidów – Babią Górę. Po lewej rzecz jasna – na (mocno
zachmurzone) Tatry. Po minięciu słowackiej granicy dostrzegam ciekawostkę – zabytkowy żuraw wodny, taki do napełniania do parowozów. To nowość, w ubiegłym roku tego
tutaj nie było, musieli niedawno dostawić. Widząc rozmoknięte okoliczne polne
drogi upewniam się, że wybór trasy szosowej był wyborem niezbicie dobrym :) Gorczańskie
szlaki na pewno toną teraz w błocie. I nie wiem kiedy wyschną, kapryśnie
zaczyna się to lato… Trasą rowerową docieram do Trzciany, gdzie wskakuję na
główną cestę (drogę). Zaraz potem jest Twardoszyn, i rynek z ogrooomnymi topolami. Drogą wzdłuż rzeki Oravy docieram do Orawskiego Podzamoka.
Obowiązkowa fotka z moim ulubionym zamkiem na szczycie skały. Trochę pokropuje,
ale przestaje. Nie na długo ;) Ujeżdżam kawałek za zamek, i zaczyna lać. No
tak. Zgodnie z prognozami, z zachodu na wschód przechodzi front z opadami
deszczu. Liczyłem że jak będę mocno cisł, to wyprzedzę front i minę go od
południa. Ale nic z tego. Kibluję na przystanku 2 godziny. W dupie mam jazdę w
deszczu. Zapas czasu duży, a wiem że deszcz na pewno przejdzie, bo śledzę
sytuację na radarach. No i wreszcie przechodzi, zatem ruszam dalij. Jazda nie
jest przyjemna, ani bezpieczna. Dziurawe, koślawe słowackie drogi z koleinami
pełnymi wody. Fontanny spod kół tak samochodów, jak i mojego roweru. Trzeba
uważać. Kawałek dalej drogi lekko przysychają. W Dolnym Kubinie robię zakupy w
Lidlu. Znowu pada. @#*(^%. Ale to tylko tak przelotnie, taka przygrywka
na koniec. Przeczekuję kwadrans pod krzaczorami, i lecę dalej. Front opadowy
wyraźnie przeszedł na wschód. Zostały tylko chmury. Ogrom chmur. Tych ciemnych
na niebie, oraz tych białych kłębów, unoszących ponad górami, z parujących
lasów. No są widowiskowe. Znam drogę doskonale, następne są Kralovany. Jest tu klimatyczna
stacja kolejowa. Gdy wracam z Bratysławy do Rabki przesiadam się tu zawsze z pośpiesznego
Tatrana, na regionalny pociąg do Trzciany. Tutaj też Orava wpada do Wagu. Od
tej pory będę zatem jechał doliną wielkiego Wagu. W okolicach Turana, Martina,
po raz pierwszy zza chmur wyłania się zachodzące Słońce. Jego blask jest coraz
to potężniejszy! W końcu Słońce spektakularnie rozświetla dolinę, a ciemne
granatowe chmurzyska zostawiam za plecami. Wraz z frontem deszczowym idą one w
siną a dal, a ja kieruję się w stronę Słońca :) No jest zjawiskowy ten wieczór.
W Martinie jak zawsze uderzam do Maca. Ogólnie nie przepadam za McDonaldami,
ale za granicą fajna sprawa - można wyklikać zamówienie na ekranie. Nie trzeba
dukać po słowacku ani po angielsku. Można też podładować telefon, z czego
skwapliwie korzystam. Najedzony ruszam dalej. Jeszcze tylko rzut oka na
kolejne, różowe tym razem chmury. Ochłodziło się znacznie. Z 25 spadło na 12
stopni. A przecież zaraz noc, i będzie jeszcze zimniej. Nad doliną Wagu zapada
zmrok. Rzeka wije się głęboką kotliną miedzy górskimi masywami. A wraz z nią
wije się wciśnięta w tą dolinę wąska szosa, oraz linia kolejowa. Zbliżam się
Żyliny. Myślałem żeby zjechać na znaną mi fajną ścieżkę rowerową biegnącą
brzegiem zalewu na Wagu. Ale jakoś przegapiłem zjazd, i cisnę do miasta jak
leci główną szosą. Przejazdem zwiedzam miasto, jakieś tam szybkie fotki. I
wskakuję na cestę nr 61. Stąd do Bratysławy jest równe 200km, cały czas tą samą
drogą, 61ką. Noc robi się coraz chłodniejsza, najniżej spadło do 7-8 stopni.
Ubieram długie spodnie, zwykłą kurtkę a na wierzch jeszcze przeciwdeszczową i
jest OK. Ile razy ja tą drogą jechałem. Mijam kolejne doskonale znane
miasteczka. Największe z nich to Povazska Bystrica, czyli Bystrzyca nad Wagiem.
Zaraz potem po lewej dobrze znana mi cementownia. Moc kofeiny kończy się. Chce
mi się spać. Ratuję się kilkoma drzemkami na przystankach. W trakcie jednej z
nich, dłuższej, wstaje nowy dzień. Póki co pochmurny, no ale potem wg prognoz
ma się rozpogodzić. W Trenczynie zamek na skale tonie we mgle. Już wjechałem na
ten co zawsze most na krajówce. Most nad wielkim Wagiem. Ale jednak zawróciłem,
bo skusiła mnie nowiutka trasa rowerowa biegnąca po wale rzeki. Postanowiłem ją
obadać. Biegnie wzdłuż rzeki oraz też chyba nowego pola golfowego. No nawet
fajna ta ścieżka, ale nie za długa. Kończy się zaraz za końcem Trenczyna. Tu trzeba
wskoczyć na inny most, i przeprawić się na drugą stronę Wagu, oraz idącego
równolegle kanału wodnego. Po drugiej stronie rzeki jest dalszy ciąg trasy
rowerowej. Okolica tonie w czerwonych kwiatach maków, słonko przygrzewa coraz
mocniej a wiatr rozwiewa resztki chmur znad gór. Rozbieram się z kolejnych
warstw ubrań. W zw. z pracami budowlanymi trasa rowerowa kończy się, i trzeba z
powrotem wskoczyć na główną szosę. Na przystanku dosypiam jeszcze trochę, i
pozbywam się resztek senności. Na horyzoncie po prawej widać już chłodnie kominowe elektrowni atomowej - znaczy to że Bratysława na wyciągnięcie ręki :)
Dzielące mnie od celu kilometry odliczają mi tablice na słupach głównej
magistrali kolejowej. Idzie ona równolegle do szosy nr 61, i tak jak ona ma
swój początek (bądź też koniec) w Bratysławie. Droga 61 mimo że główna to jest
przyjemna, bo większość ruchu koncentruje się na również biegnącej równolegle
autostradzie. Nie wiem co to za kwiaty/uprawy, ale miejsce czerwonych maków
zastępują całe łany kwiatów fioletowych :) O tym że w okolicy jest wielka
elektrownia, świadczy też mnogość linii WN, które przecinają płaski krajobraz
południowo-zachodniej Słowacji. Bo wysokie góry zostały hen daleko w tyle. To też
jest fascynujące w trasach w poprzek tego niewielkiego kraju. Mroki nocy
zapadają pośród bezkresu wysokich gór, a ranek wita mnie już ciepłym klimatem
płaskich naddunajskich nizin. W trakcie trasy zmienia się po prostu strefę
klimatyczną na cieplejszą. Kolejny większym
miastem jest Trnava, z charakterystyczną wieżą ciśnień. Jest już bardzo
gorąco. Ale to dobrze, bo woda w zalewie w Bratysławie nie powinna być zimna :)
W Trnavie wciągam coś ciepłego w Macu, i wyruszam na ostatnią prostą. Do celu
nie więcej niż 50km. Na horyzoncie majaczy już sylwetka znanej mi wieży telewizyjnej w Bratysławie. Przed Senecem ratuję się na stacji OMV energolem
oraz bagietą, aby do Bratysławy dotrzeć już bez postojów. Wiatr mi sprzyja,
wczoraj wiało w twarz a dziś w plecy. Mijam piękne zielone jeziorka z czystą
wodą. Kusi żeby się wykąpać, ale powstrzymuje się. Kapiel zaplanowaną mam
bowiem w Złotych Piaskach, w Bratysławie. Docieram o 16.30 :) Od razu ładuję
się nad zalew :) Drogę znam na pamięć. Noooo, woda jednak nie jest ciepła. Jest
chłodna, trzeba powoli się do niej wsuwać aby nie dostać szoku. Ponad godzinę
odpoczywam nad zalewem. Po czym telepię się terenową ścieżką przy brzegu, i
jadę do centrum coś niecoś pozwiedzać. Jest raptem po 18tej. Najsamprzód jednak
kupuję bilet, przez neta. Pociąg mam po 4 nad ranem, tak że 10h się poszwędam
po mieście :) Nie mam jakiegoś ściśle sprecyzowanego planu zwiedzania. Na
czuja, na pamięć docieram do centrum, i po nim będę się kręcił. Kupuję kilka
kawałków pizzy, trochę zjadam, trochę zostawiam sobie na potem. Objeździłem
m.in. zabytkową starówkę, bulwar nad Dunajem, most SNP (ten najbardziej znany, na foto tytułowym),
Stary Most (z niego robiłem to foto). Poszwędałem się po Sadzie Janka Krala – parku z ogromnymi, zabytkowymi
drzewami. Wpadam też na głupi pomysł. Zaciekawiła mnie bowiem siłownia
plenerowa, pod mostem SNP. Będąc pewien że na takich siłowniach ciężary są
rekreacyjne dopadłem te sprzęty. Ała. :D Próbowałem dźwignąć jakąś ramę do
ćwiczenia nie wiem czego, chyba barków. Ze 100kg to ważyło. Odkładam. Tylko że
złożyła się podpórka pod ten ciężar. Popchałem ją więc prawą nogą. I w tym
momencie jakieś 200kg (ja+ciężar) oparło się na mojej jednej, lewej nodze.
Zakuło w kolenie. W tym miejscu co listopadowa kontuzja… No nic nie trzasło,
ale jednak pobolewa mnie trochę to kolano. Ja to mam pomysły. Noc z sb/ndz.,
więc jest bardzo głośno, gwarno i imprezowo. Uwielbiam Bratysławę. Uwielbiam
ten Słowacki, Słowiański pierdolnik, nieład, bałagan :) Stare odrapane latarnie,
stawiane pewnie jeszcze przez czechosłowackich towarzyszy. Chodniki składające
się z łat asfaltu, piachu i chwastów. Betonowe płaskorzeźby czczące kult pracy socjalistycznej,
i inne pamiątki po poprzednim ustroju. Oczywiście są też lśniące galerie
handlowe i wysokie szklane wieże. Wszystko to pięknie ze sobą kontrastuje, i
tworzy specyficzny klimat tego miasta :) Ta noc jest ciepła i przyjemna, nie
spada poniżej kilkunastu stopni. Trochę doładowałem się energolami, trochę pokimałem
na ławkach, i jakoś dotrwałem do świtu, i do pociągu o 4.15 na ranem. EX Tatran,
ten co zawsze. Dojadę nim do Żyliny. Ogólnie to tych pociągów będzie 4 :) A przesiadki 3 :) Tak wyszło. Pakuję się do środka, wieszam rower,
ustawiam budzik, i idę w kimę. Tak że niewiela popodziwiałem krajobrazów za
oknem. W Żylinie zgrzyt. Mam 10 minut na przesiadkę. Udało mi się kupić tylko
bilet na siebie. Nie mam biletu na rower. No to mówię do konduktora łamanym
słowackim/polskim że będę chciał dokupić. Ten do mnie że nie da się, że muszę
do kasy iść. Mam 7 minut. No to lecę tym przejściem podziemnym do tej jebanej
kasy. Na szczęście nie ma kolejki. Bez problemu dogaduję po słowacku z
kasjerką, i mam miejscówkę, i bilet na rower, a nawet 2 rowery (pomyłka). Całość wyszła +20
EURO… Sprint na rowerze na peron, bieg z rowerem po schodach. Konduktor coś tam
pierdoli który wagon, ja nie rozumiem po słowacku, wpadam do jakiegoś innego.
Pociąg rusza. Uff… W tym pociągu znowu trochę się zdrzemnąłem. W Boguminie już
bez kolejowych przygód. Mam 40 minut na przesiadkę, a pociąg (regio Kolei
Śląskich) już czeka na peronie. Docieram nim do Katowic, i tu ostatnia
przesiadka na regio do Krakowa – też stoi peron obok. Zresztą tu już tyle tych
pociągów jeździ do Krakowa, że nie ma strachu. W Krakowie po 12tej.
Udana wycieczka, Bratysława zawsze spoko :) Tyle razy
jechałem do Bratysławy tą drogą, i ciągle mi się to nie nudzi. Za każdym razem
zobaczy się coś nowego, coś ciekawego. Pogoda nie była taka zła, te 2 godziny
deszczu dużo nie zmieniły. Plus taki że nie musiałem się klajstrować co chwila
kremem z filtrem UV. Użyłem go tylko raz, w niedzielę.
6.10 (pt) - 12.50 (ndz)
Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem





























