Wzgórza Tynieckie
d a n e w y j a z d u
72.20 km
9.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:32.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt

Na szczycie Kowadrzy
https://photos.app.goo.gl/A9gYydqQ7unuPD5F8
https://connect.garmin.com/app/activity/24302418925
Tak więc dziś drugi i ostatni dzień dwudniowej wrześniowej
fali upałów. Na tę piękną pogodę zaplanowałem sobie trip na MTB po okolicznych
niewysokich górkach między Tyńcem a Skawiną. Właściwie to po wzgórzach. Wzgórza
Tynieckie dokładnie. Zwróciły one moją uwagę gdy w sierpniu zaliczałem
Grodzisko. Na mapie Compassu jest tu ich łącznie 10 sztuk do zaliczenia, i
wiedzie po nich pętla zielonego szlaku. A na deser – kąpiel w Bagrach :)
Wystartować się udało koło południa dopiero. Przez
Kurdwanów, Zakrzówek oraz WTRką docieram pod klasztor w Tyńcu. Tu nawiasem
mówiąc mam zaliczony, a nie dopisany do tabelki po prawej szczyt – Wzgórze
Klasztorne (233). Trzeba uzupełnić. Pod klasztor jednak dziś nie zajeżdżam, ale
odnajduję zielony szlak. Wciągam trochę metrów przewyższenia asfaltem, a potem
wjeżdża się leśną ścieżką na Wielkanoc (260) – ładna nazwa :) Tu pewne
zaskoczenie, trzeba sprowadzić rower po stromej ścieżce po wapiennych skałach.
Jak wyczytałem jest to dawny kamieniołom. Potem stromy, mozolny wypych również częściowo
po skałkach na Kowadrzę (261). Na szczycie ławeczki i fajne widoki. Stroma
ścieżka w dół, i od teraz do końca pętli czeka mnie już głównie płynna jazda
ubitymi leśnymi duktami. Czasem jakaś piaskownica wysypana sosnowymi szyszkami,
ale większość to bukowo-sosnowe mocno zacienione lasy. Po drodze pewna
ciekawostka – piękna kapliczka wkomponowana w skały! Następny w kolejce szczyt
to Ostra Góra (284). Jej szczyt stanowi chyba skalna formacja, wychodnia skalna. Miałem pomysł żeby wdrapać się na szczyt (bez roweru). Ale to był zły
pomysł. Bo wdrapać się to jedno, ale zejść bezpiecznie w dół to już strach. Ześlizguję
się na tyłku po kamieniach i mchu i porzucam ten kiepski pomysł :) Nie jestem
wspinaczem tylko rowerzystą. Potem jeszcze robię mały skok w bok na Kozobicę
(282), już bez skał i wspinaczek ;) Guminek (294) i Stępnica (266) - uznaję je za
zaliczone, bo wg. mapy szczyty wypadają mniej więcej na szlaku. Zjeżdżam na asfalt do
Tyńca. Dochodzi 17ta, czas lecieć na Bagry żeby zdążyć przed wieczorem. W
Bagrach już pewnie ostatnia kąpiel w tym roku (chociaż kto wie?). Potem jeszcze
wieczorem po mieście, m.in. na zapiekanę na Kazimierzu.
Fajny trip po podkrakowskich górkach wyszedł. Zaliczyłem
dziś 6 nowych szczytów, lista poniżej. Trzeba tu jeszcze wrócić, bo zostały mi
co najmniej 4 pominięte: Biedzina, Bukówka, Wielogóra i jeszcze wypatrzyłem
Winnicę zaraz obok klasztoru w Tyńcu.
Zaliczone
szczyty:
Wzgórza
Tynieckie:
Guminek (294)
Ostra Góra (284)
Kozobica (282)
Stępnica (266)
Kowadrza (261)
Wielkanoc (260)
Kategoria > km 050-099, Terenowo
Turbacz 3
d a n e w y j a z d u
117.20 km
27.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:27.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt

Widok z Godermana
https://photos.app.goo.gl/WXj54QsmtmWooZLZ9
https://connect.garmin.com/app/activity/24294694919
Tak więc nadchodzi wielkimi krokami pewnie już ostatnia w tym roku (buuu…) 2-dniowa fala upałów, i zamierzam wykorzystać pierwszy jej dzień na trip na Turrrbacz :) Trzeci w tym roku :) Nie ma ochoty na oranie asfaltu w dwie strony, zatem podjadę sobie PKP do New Targu. Przed trasą robię jeszcze serwis prawie wszystkiego w Peaku, tj. napęd, widelec, obie piasty. Zwłaszcza tylna wymagała zaglądnięcia, by spory luz. Zapodałem nowe łożyska – dalej jest luz, tylko że mniejszy :D Nie ma to jak stare dobre kulki i konusy od Shimano jednak.
Zrywam się z łóżka o 5 rano. Albo i nie rano, bo za oknem noc. Ciągnę szybko na dworzec, wsiadam w pociąg, ciągle ciemno. Odjazd planowo 5.58, na starcie już obsuwa 15 minut. A w New Targu pół godziny, jestem o 8.30, ale to i tak bardzo wcześnie, czasu a czasu. Poszukując nowych opcji podjazdu na szczyt wynalazłem żółty szlak. Ale nie ten kultowy żółty, z New Targu, a żółty z Łopusznej. Nie PTTK, tylko jakaś ścieżka dydaktyczna czy cuś. Tak więc ciągnę asfaltową (piękną!) trasa Velo Dunajec do Łopuszna, i próbuję odnaleźć wspomniany szlak. Oznaczeń brak. Przez cały ten żółty szlak znajdę dosłownie jeden, przewrócony słupek z oznaczeniem. Nie wiem czy to nie jest czasem robota miejscowych zachłannych góroli, którzy celowo niszczą oznaczenia. Bo moje pole, mój las, moje wszystko, itp., wiadomo ocb. Ale to tylko hipoteza. W każdym razie mam na telefonie stosowną mapę, która poprowadzi mnie jak po sznurku. Pogoda – żyleta. Niecałe 30 stopni, zero szans na deszcz czy burzę. Początek szlaku to średnio stroma asfaltowa ścianka – z kapitalnym widokiem na ścianę Tatr! A potem zaczyna się całkiem przystępna pod rower leśna droga. Zero błota, nachylenia do podjechania. Tzn. byłyby do podjechania, gdyby nie małe problemy ze sprzętem. Nie wchodzi mi „jedynka”… Tzn. wchodzić wchodzi, ale łańcuch skacze po zębatce jak szalony. Powód raczej oczywisty – skrajnie zużyty napęd. A dokładnie rozciągnięty łańcuch nie przyjmuje już tej jednej, prawie nie zużytej, największej koronki. Próby regulacji kąta opasania/dolnego zakresu na nic się zdają, jak skakało, tak skacze dalej. A jeszcze w lipcu gdy byłem poprzednio na Turbaczu było ołkej... Zatem zamiast na 30-46 jadę na 30-40, i serce mi zaraz wybuchnie albo dostanę wylewu ;) Walczę ile się da, ale podprowadzania było więcej niż być powinno. Plan podjazdu zakłada też zdobycie 3 nowych szczytów na tym żółtym szlaku: Legutków (704), Goderman (coś jakby po DE, 721) oraz Gralowej (873). Aby zdobyć Legutków muszę odbić ze szlaku i błądzić po polach i chaszczach. Gdy jestem w odległości ze 40m od wielkiej sosny która rośnie na szczycie (paluch ją pokazuje), uznaję go za zaliczony. Jak chodzi zaś o
Godermana - docieram tu centralnie na szczyt szczytu, znajduję się on na środku pola uprawnego, łatwo dotrzeć, kawałeczek od szlaku. Widoki na Tatry – M – E – G – A (fotka tytułowa). Gralową, cóż, objeżdżam w niewielkiej odległości szlakiem i uznaję za zaliczoną. Nic za wszelką cenę, nie będę przedzierał się przez strome zbocza i zwalone drzewa, raz tak wdepłem w gniazdo os :) W międzyczasie żółty szlak nie-PTTK dobija do niebieskiego szlaku PTTK, i nim dociągnę na dobrze mi już znaną Bukowinę Waksmundzką. Po drodze jedna sroga stromizna, skalna rynna w kształcie litery V, i tachanie roweru pod górę. Na Bukowinie jak to na Bukowinie, mnóstwo buków :) Pełno poskręcanych, powyginanych wiatrem drzew, na pniach których jakby wypisany jest cały ten trud trwania w wysokich górach. Stąd na szczyt Turbacza już w zasadzie rzut beretem. Do niebieskiego dołącza kolejno czarny, zielony i żółty szlak i taka ich „wiązka” idzie już pod samo schronisko. Szlak znów bardzo przyjemny i podjeżdżalny, nawet na „dwójce”. Za zakrętem w lewo wyłania się potężna bryła schroniska. Jedno z największych w polskich górach, 110 miejsc noclegowych! Turystów dziś ilość średnia, no ale wrzesień i środek tygodnia. Reprezentacje dwóch teamów: E-MTB i MTB dziś są wyrównane :) Z reguły jest miażdżąca przewaga elektryków. W schronisku tradycyjnie piwko + naleśniki. A potem hyc na szczyt Turbacza, pod obelisk, kawałeczek czerwonym szlakiem. Pomimo braku jedynki dziś podjechałem wszystko :) Nawet ten jeden próg z korzeni, na którym zwykle wymiękam. Fotka pod obeliskiem, i nazad, pod schronisko, zjechałem ofc 100%. Młoda godzina, raptem 13ta, miałem niby jakieś plany na eksperymentalne zjazdy innymi szlakami. Ostatecznie jednak stanęło znów na czerwonym do Rabki. On jest taki fajny, że nie mogłem mu się oprzeć. Dwie wysypane kamieniami rynny jak zwykle wolę sprowadzić, jednak pozostałe 95% szlaku to bardzo płynna i przyjemna jazda. Na szlaku totalna susza, jedyna woda to słynne „wieczne kałuże”, ale też mniejsze niż zwykle. Zainteresowały mnie pewne niebieskie kwiaty, to dość nietypowe, kwiaty kwitnące we wrześniu. Na Starych Wierchach tradycyjnie międzylądowanie, i międzytankowanie - drugie piwko :) Odcinek przez Maciejową do Rabki to już w zasadzie formalność. Sru w dół, i tyle :) Circa 2h zajął mi zjazd Turbacz-Rabka, wliczając pit-stop na Starych Wierchach. W Rabce tradycyjnie wciągam cheeseburgera w moim ulubionym bistro na dworcu (podrożał z 17 na 18zł!). No a reszta to już mozolne trochę oranie 60km asfaltu do Krakowa. Do Mszany w dół, do Kasiny pod górę. W Żabce w Kasinie wspomagam się zapiekanką i energolem. Wszędzie piętrzące się na kilka metrów stosy betonowych podkładów kolejowych. Budowa linii kolejowej BARDZO odmieni tą okolicę. Na przeł. Wielkie Drogi zapada już powoli zmrok. Ostatnie fotki panoramy Beskidu Wyspowego. I SRU w dół, do Dobczyc :) Vmax coś koło 60km/h, terenowe opony z klockami buczą przy tej prędkości prawie jak jakiś motór :) W Dobczycach wspomagam się pysznym kebsem tam gdzie zawsze. No i trzeba jeszcze wymęczyć te kilka podjazdów w poprzek Pogórza Wielickiego. Inwersje temperatur spore, raz ciepło, raz zimno. Na koniec znów ekstra zjazd, też coś koło 60ki, do centrum Wieliczki. Piwko, a nawet dwa w parku na osiedlu. W domu o 00.50.
I tak minęła ta kolejna, trzecia już wycieczka na Turbacz w tym sezonie. Być może ostatnia w tym roku, a może nie :) Kocham Turbacz :)
Zaliczone szczyty:
Gorce:
Turbacz (1310)
Rozdziele (1198)
Obidowiec (1106)
Bukowina Waksmundzka (1102)
Groniki (1027)
Jaworzyna Ponicka (995)
Mnisko (959) – dopisać do tabelki po prawej, bo brakuje!!!
Bardo (948)
Wierchowa (940)
Przeł. Pośrednie (918)
Gralowa (873)
Przysłop (pod Maciejową) 836 – dopisać do tabelki po prawej, bo brakuje!!!
Przeł. Pod Godermanem (820)
Maciejowa (815)
Goderman (721)
Legutków (704)
Beskid Wyspowy:
Przeł. Wielkie Drogi 562
Przeł. Wierzbanowska 502
5.10 - 00.50
Kategoria > km 100-149, Powrót pociągiem, Terenowo
Szczyt wrzesień (zbiorówka) cz. II/II
d a n e w y j a z d u
239.90 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt
Kategoria Zbiorówka :(
Szczyt wrzesień (zbiorówka) cz. I/II
d a n e w y j a z d u
239.90 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt
Stan na 11.09: 479,8km, będzie więcej.
1.09 68,1km Dniówka na Uber, ładna pogoda, dziś dużo po New Hucie.
2.09 89,3km Dziś cały dzień po Wieliczce i okoliach. Wieczorem skok na Kurdwanów na Shell tylko po to, żeby zawieźć miłej Pani do Wieliczki ćwiarteczkę, żeby mogła zatopić smutki w gorzałce. Napiwek 18zł :) U/S
3.09 58,8km Najpierw widokowa wycieczka do Swoszowic z kebsem (pomoramki Krk), potem po Krk.
4.09 61,9km Miałem jeździć po Krk, ale znów zagnało mnie do Wieliczki, i głównie po niej jeździłem. W Krk nie przekroczyłem linii Wisły. Znów U/S
5.09 62,1km Najpierw Wieliczka i okolice, ale szło słabo, wieczorem Krk, szło mniej słabo.
6.09 76,5km Wow cóż za dniówka, 274zł +dwie krówki to dobry zarobek w lecie przy takim kilometrażu :) A wyszło mi tak, bo odpaliłem dawno nieodpalane apki: Glovo/Wolt/Bolt. Zwłaszcza ten Wolt fajnie zapodawał :) Wieczory coraz chłodniejsze. Powerbank się rozładował, i musiałem się podładowywać na przystankach autobusowych.
10.09 63,1km krótsza dniówka na U/S/W, od 17 do północy.
Kategoria Zbiorówka :(
O kolarzu, który jeździł koleją ;)
d a n e w y j a z d u
371.00 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:32.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Losowa fotka z Bratysławy
https://connect.garmin.com/app/activity/24167249118
https://connect.garmin.com/app/activity/24167257222
Do tego dochodzi dojazd/powrót z dworca w Krk, trochę po Brzecławiu itp.
https://photos.app.goo.gl/5H8ewBZtQvU88T6i8
Koniec sierpnia, być może ostatnie w tym roku upały i ciepłe
noce, trzeba pocisnąć gdzieś dalej. Na etapie planowania trasy pewnym
utrudnieniem jest zapowiadany front atmosferyczny. Ma on przejść w sobotę z
zachodu na wschód, i przynieść opady, burze i wiatr (start planuję na pt.).
Rozważam różne opcje: Praga, Budapeszt, Bratysława, Wiedeń? Czechy odpadają w
pierwszej kolejności, tam załamanie pogody ma być największe. Później na
celowniku jest Budapeszt. Kupiłem nawet bilet do Piwnicznej, ale zwróciłem. Ostatecznie
stanęło na Bratysławie, a jak będzie dobrze szło, można zmienić cel na Wiedeń.
Im dalej na południe tym front ma być słabszy, tak że jestem dobrej myśli.
Bilet kupiony do Czechowic-Dziedzic – stąd wystartuję.
Pobudka 5.00. Za oknami noc :D No coraz krótsze są te dni :(
O 5.15 siedzę już na rowerze i lecę na dworzec. Odjazd 6.15. Podróż mija
szybko i przyjemnie. Jakąś raptem godzinkę później jestem w Czechowicach. Obieram kurs na Czeską
granicę, dokładniej to na dawne przejście graniczne w Lesznej Górnej. Okolice z
początku płaskie, dookoła królują stawy rybne i piękne, dębowe (!) lasy. Na
wsiach mnóstwo zmyślnych instalacji dożynkowych, kilku z nich zrobiłem fotki.
Docieram do Skoczowa. Kawałek wojewódzką szosą, i znów skręcam w boczne drogi,
ku czeskiej granicy. W oddali majaczą wysokie szczyty Beskidu Śląskiego i
innych pasm górskich. Coraz bardziej zadupiastą i pagórkowatą drogą docieram do
dawnego przejścia granicznego. Czechy. Ahoj przygodo! Czeska kraina wita mnie
potężnym zjazdem w dolinę, do Trzyńca. W oddali widzę już hutę, kominy i cały
ten przemysł tonący w zielonej dolinie. Przejeżdżam przez miasto i
trzycyfrowymi drogami kieruję się ku słowackiej granicy. Bo Czechy to tylko
mały epizod tej trasy. Większość przygody to jednak Słowacja. Przynajmniej tak
mi się w tej chwili wydaje. Pod koniec opowieści wszystko się wyjaśni ;) Pogoda
petarda, 30 stopni i pełna lampa. Póki co nic nie zapowiada załamania pogody.
Regularnie zerkam na pogodowe radary.
Burze i deszcze są dopiero hen daleko na Niemcami. Z czeskich miasteczek mijam
jeszcze Jabłunków i Mosty koło Jabłunkowa. Około godziny 13tej melduję się na
słowackiej granicy. Dawne wielkie przejście graniczne, pełno opuszczonych
budynków i innych zabudowań. Cóż za zmiana krajobrazu ;) Asfalt zmienia z
gładkiego na morze dziur i łat. Latarnie krzywe i pordzewiałe. W małym
zagajniku pełno chusteczek higienicznych. Te kilka drzewek pełni bowiem funkcję
toalety ;) No Słowacja tak już ma, przestrzeń publiczna, drogi, chodniki to
trochę trzeci świat. W rowach pełno śmieci. Cestą nr 11 dociaram do Cadcy. W Tesco robię duże i chyba niedrogie
zakupy. Jak chodzi o picie i suchy prowiant, powinno mi go wystarczyć do rana
:) (wystarczy aż do Bratysławy ;) ). Kieruję się dalej ku Żylinie. Ale nie
główną szosą nr 11. Jadę idącą równolegle do niej, po drugiej stronie rzeki,
boczniejszą drogą. Tu też jednak duży ruch, i wszechobecne roboty drogowe,
ciężarówki, tumany kurzu i zwężenia. Kawałek fajną trasą rowerową, mijam
Kysuckie Nowe Miasto. Boczną drogą zaliczam nieplanowany podjazd. I wreszcie
zjazd do Żyliny. Na celowniku mam już od pewnego czasu McDonald. Wciągam tam jakiś
zestaw, poprawiam drugą Colą, i to by na tyle było ze zwiedzania Żyliny. Nie ma
czasu, nie ma siły ani chęci. Wbijam na krajową drogę nr 61. Jeszcze tylko
niebezpieczny odcinek, gdzie drogą dzieli się na starą 61kę i na autostradę nr
D1. I już jestem na starej, przyjemnej drodze nr 61, która jak po sznurku
zaprowadzi mnie do Bratysławy. Circa 200km. Tak mówią tablice kilometrowe przy
szosie. Dochodzi 19ta, a więc powoli zapada zmrok. W ostatnich jasnościach
wieczoru, docieram do Powazskiej Bystrzycy. W centrum jakiś koncert, festyn
itp. kupa ludzi i hałasu. Kolejnym checkpointem, większym miastem, będzie
dopiero Trenczyn. Za jakieś 50km. Póki co mijam kolejne senne miasteczka i
miejscowości. Belusa, Ilava, Dubnica… Znam te okolice doskonale, jechałem tą
drogą na Bratysławę wiele razy. Dziś jest jednak pewna odmienność, stosunek: czas/kilometraż.
Jestem bowiem w tych miejscach dużo wcześniej niż zwykle. Co za tym idzie
zachód Słońca, noc, wschód łapią mnie w zupełnie innych miejscach w trasie. W
takim dajmy na to Trenczynie jestem o pierwszej w nocy. Podczas gdy zwykle
bywam tu dużo później, o świcie lub wręcz rano/przed południem. W Trenczynie
znów jakaś impreza, śpiewy i gwar na ulicach. Symbol Trenczyna to rzecz jasna
zamek na charakterystycznej skale. Jest on ładnie iluminowany, zanim jednak
zdążyłem zrobić fotę, iluminacja zgasła. W zamian za to zdjęcie skały, na
której stoi zamek, z jakąś płaskorzeźbą. To by było na tyle ze zwiedzania
Trenczyna, trzeba lecieć na Bratysławę. Jakieś 150km. W środku nocy pogoda
niesamowita. 20 stopni i ciągle rośnie! 22, 24, 25… Najwięcej zaobserwowałem 25,5’C o godz. 2 w nocy!!! Do tego ciepłe podmuchy wiatru. Niesamowite rzeczy
dzieją się też za górami po prawej. Za górami czyli na zachodzie, nad Czechami.
Błyska się tam potężnie. Patrzę na radar burzowy i wszystko jasne. Równolegle
do mnie, z pł-zach na płn-wsch idzie front burzowy. Właściwie to całe Czechy to
jedna wielka burza i deszcz. Jak to dobrze że nie zdecydowałem się na Pragę… Ja
tymczasem podziwiam sobie ten niesamowity spektakl z bezpiecznej odległości.
Tam mi się przynajmniej wydaje. W ogóle nie słychać bowiem grzmotów, więc jestem (chyba) bezpieczny. Jednak po pewnym czasie zaczyna się błyskać i grzmieć centralnie
przede mną. Wg map jakaś (mała) komórka burzowa uformowała się również na SK,
centralnie na mojej drodze. Zapinam blat i pędzę ile wlezie, żeby się gdzieś
schronić. W ostatniej chwili dopadam wiadukt kolejowy. Chowam się pod spodem.
Okazało się jednak że burza nie była zbyt silna, popadało z 10 minut, kilka
razy błysko/zagrzmiało i to by było na tyle. Można jechać dalej. Dalej chyba
mocniej walnęło deszczem, bo koleiny na drodze całe toną w wodzie. Przy okazji
ochłodziło się do przyjemnych 20 stopni. Gdy noc ma się ku końcowi, nadchodzą
jeszcze inne zawirowania pogodowe. Wzmaga się potężny wicher, i znowu zaczyna
trochę padać. Wykorzystuję to na małą drzemkę na przystanku. Wiatr napiera na
stalową wiatę, aż trzeszczy! Padać szybko przestaje, ale potężna wichura duje
dalej, akurat w sprzyjającym kierunku. Będzie jeszcze przez chwilę mnie
wspomagać ;) Po płaskim 50km/h chwilami leciałem :) Śladem po przejściu frontu
atmosferycznego, a raczej muśnięciu Słowacji przez ten front, są wszechobecne
chmurzyska. Te brzydsze, bardziej groźne zostawiam za plecami, a tam gdzie jadę
chmury wyglądają na niegroźne, i niedeszczowe. Dość szybko wyjrzy spoza nich
Słońce, a wiatr stopniowo je rozwieje ponad bezkresnymi równinami południowej
Słowacji. W międzyczasie upada temat Wiednia. Plan na dziś to po prostu
Bratysława. Dalej wieje, tym razem z zachodu, dodatkowe 70+km, nie mam siły, po
prostu brak mi ambicji. Mam też co chwila powracający kryzys związany z bólem
dłoni od kiery. Na szosówce zrobiłem w tym raptem 3,5tys km i pewnie dlatego
tak, brak przyzwyczajenia do barana. Zmiany chwytów co pół minuty nie
pomagają, jak bolało tak dalej boli. Tankuję się energolem i bagetą na małym Slovnafcie, tym co zawsze. Aby tylko dotrzeć do McDonalda w Trnavie. Na
horyzoncie na wschodzie majaczą już chłodnie kominowe elektrowni atomowej, to
znak że do celu już blisko. W Trnacie jestem o poranku, i mój chwilowy plan na
teraz to McDonald :) Dwa hamburgerki z omletem i boczkiem. Mniam :) Z Trnavy
wychodzę na przedostatnią prostą, do stolicy SK jakieś 50km. Przerwa w Macu
pomogła nie tylko na głód, ale i też na dłonie :) Odpoczęły i chwilowo nie
bolą. Ostanie km to już jazda niemal jednym ciągiem, na autopilocie, na
tempomacie, jak zwał tak zwał. W międzyczasie podejmuję bowiem decyzję, że
wracam pociągiem dziś, o 15.58. Następne sensowne połączenie jutro o 6 rano –
tym pociągiem wracam zwykle do domu. Do Bratysławy dotrę bowiem koło południa,
nie mam siły na 18h zwiedzania miasta. Z jednej strony będę za wsześnie, z
drugiej za późno. Bo za wiele nie pozwiedzam za te 4h. W zasadzie to plan mam
taki: jak najszybciej dojechać do Bratysławy –> szybka kąpiel w Złotych
Piaskach ew. Vajnorach –> przebierka w czyste ciuchy –> zakupy –>
hlavna stanica –> pociąg. I kilka byle jakich fotek po drodze. Senec mijam
tranzytem, zdjęć brak. Ostatnie 20km. Widać już wieżę TV na wzgórzu Kamzik.
Zaraz potem dobrze mi znane zielone jeziorka przy drodze. Do stolicy SK
docieram o godz. 12 minut 38. Szybka fotka tablicy, i siup na Vajnory (jezioro). Będzie bliżej niż na Zlate Pesky (zalew po drugiej stronie drogi). Chlup
do wody. Trochu zimna ale nie ma tragedii. Ekspresowa przebierka w czyste
ubrania. Jest koło 13tej, do pociągu niecałe 3h. Kurs na hlavną stanicę. W zasadzie
jadę prawie że na pamięć. Bratysławę znam dość dobrze, często tu bywam. Jakieś
tam szybkie fotki tylko przy okazji, po drodze. Na dworcu jestem po 14tej,
prawie 2h czasu żeby coś zjeść, kupić bilety itp. Powrót dwoma pociągami,
przesiadka w Brzecławie. Powrót w zasadzie zaczyna komplikować się już tutaj,
choć jeszcze nie zdaję sobie wtedy z tego sprawy. Pociąg przyjeżdża opóźniony o
jakieś 15 minut. Mniej więcej tyle ile czasu jest na przesiadkę w Brzecławiu. Myślę
sobie że nawet jak mój pociąg się spóźni to ten drugi poczeka, na pewno są
skomunikowane (yhy). Nerwowo obserwuję pozycję GPS obu pociągu w specjalnej apce.
Początkowo idą dość równo w stronę Brzecławia. Po chwili jednak ten którym jadę
zaczyna mocno odstawać. Jestem gdzieś w Kutach, czyli zaraz przed czeską
granicą. Drugi pociąg już stoi na stacji w Brzecławiu. Nadchodzi 7.16 (godzina
odjazdu), 17.17, 17.18… I sku*wiel odjeżdża!!!
*&%(**&^%^
No nie poczekał je*anych 10 minut. Nie było skomunikowania.
Tak więc jest sobota, godzina 17.30, a ja jestem w totalnej dupie. W Brzecławiu, małym miasteczku na południu Czech, niedaleko Austriackiej granicy.
Badam w wyszukiwarce pociągów inne możliwości powrotu. Kupuję nawet w apce
bilet na inny międzynarodowy, do Katowic, odjazd 19.10. Jednak nie ma
możliwości przewozu roweru – miejsca wyczerpane. Idę do kasy, tam też się nie
dokupić. Co robić? Wsiadać na przypale i jakoś to będzie? (&*%%$(* Zwracam
ten cholerny bilet przez neta, nawet nie wiem czy mi przyszły pieniądze za niego. Są inne pociągi w nocy, tzw. Euronighty, sypialne. Ale w nich o przewozie
roweru można zapomnieć. To jest ten jeden jedyny typ pociągów, w których roweru
kategorycznie przewieźć się nie da. Myślałem nawet o patencie jaki stosowałem
przed laty, tj. rozebrać rower na kilka części, owijać workami na śmieci, taśmą
i przewieźć jako bagaż. Ale nie mam worków, nie mam taśmy, nie ma otwartych
sklepów i nie mam siły na takie akcje. Różne inne pomysły mi chodzą po głowie,
burza mózgów, w zasadzie to jednego mózgu. Intensywność procesów myślowych zachodzących
w mojej głowie jest jednak tak duża, że 3 osoby można by nimi obdzielić, i
każda by intensywnie myślała. Najgorszy scenariuysz – kibluję w tym Brzecławiu
do rana, na następy Eurocity do Krk/Katowic. Rozważam opcję podjechania do
innego miasta rowerem, i stamtąd pociąg. Brno, Żlin a może jakieś inne miasto?
Dystanse rzędu 60-80km, więcej raczej nie biorę pod uwagę. Szukam pociągów
odjeżdżających z tych innych miast, ale to bez sensu. Kolejna próba walki z
wyszukiwarką, i EUREKA! Wpadam na pomysł, że będę przybliżał się w stronę
polskiej granicy, w stronę domu za pomocą pociągów regionalnych! W nich nie ma
żadnych rezerwacji, rower można przewieść bez problemu. Jest po 18, czyli
jeszcze nie noc, i sporo regio jeszcze jeździ. Nawet wyskoczył mi w apce plan
jazdy czterema regio, z 3 przesiadkami. Teoretycznie przed północą można nimi
dotrzeć do Buhumina, czyli pod Polską granicę! Ale nie wiem czy ten plan jest
dobry, czas na te przesiadki to znowu kilka-kilkanaście min. No nic, na
razie pędzę z powrotem na ten dworzec, i wpadam kilka minut przed
odjazdem do pierwszego regio z listy, do Prerova. Nowiutki EZT, przemiła
czeska konduktorka pomaga mi kupić bilet w automacie w środku. Po tych
wszystkich kurwach i wkurwach chwilowo jestem dobrej myśli :) Przybliżam się w
stronę Polski, i to całkiem sprawnie, bo pociąg pędzi nawet pod 150km/h :)
Oczywiście nie oglądam widoków za oknem, cały czas główka pracuje, telefon mi
zaraz wybuchnie. Wstępny plan powrotu tymi 4 regio mam, ale kombinuję dalej.
Szukam generalnie pociągów które przybliżać mnie będą w stronę Polski, ale nie
odbijać gdzieś w bok typu Ołomuniec. Analizuję kolejne miasta – pod kątem,
co będzie gdy kolejny pociąg ucieknie, czy są, a jeśli tak to ile, kolejne
pociągi stamtąd tego wieczora. Stanęło na tym, że z Prerova podjadę kawałek kolejnym
regio do Hranic na Morave. W Prerovie jestem 20.22, przeskakuję do drugiego
pociągu, odjazd 20.30. Pociąg bliźniaczo podobny, lśniący nowością EZT. Ale
obsługa w nim jakże inna. Nie mam biletu, nie kupiłem przez apkę, bo mam dość
zmarnowanych biletów, żeby mi znowu pieniądze nie przepadły. Szukam automatu w
pociągu, ale nie ma. Lecę zatem do konduktora że chce kupić listok na siebie i
na kolo (rower po czesku). A ten z ryjem do mnie że jest pokładnica (chyba kasa
biletowa?) na dworcu. No kurwa wiem że jest ale jest 20.27 a odjazd za 3
minuty. Naprawdę nie ma możliwości kupienia jebanego bileta u konduktora w
pociągu? Muszę sprawdzić ten temat, bo to druga taka sytuacja w tym roku że
mnie odsyłają do kasy na dworcu. Wydupcam z tego pociągu, już wiem nic z tego
nie będzie. Ale! Na tablicy odjazdów znajduję interesującą opcję! 20.40, Regiojet do Bohumina!!! To chyba ten opóźniony z 20.25, bo w wyszukiwarce nie
znalazłem tej pozycji wcześniej. Pędzę do kasy kupić bilet. Zapłaciłem za
siebie i za rower, ale patrzę a na bilecie nie ma biletu na rower. 3 minuty
przed odjazdem podbiega do mnie kasjer, i przeprasza że zapomniał, i daje mi do
ręki 50 koron, żebym dokupił bilet na kolo u konduktora. Pakuję się do pociągu, ciekawy skład, trochę stary, wagonowy, z bufetem, gazetami do poczytania itp. Tu
znowu dla odmiany konduktor miły, bez problemu dokupuję bilet na rower. Jadę.
Udało się :) Znów sprawnie przybliżam się do polskiej granicy. W Bohuminie będę
dużo wcześniej niż w tym pierwszym planie z 4x regio, bo około 21.30! Kolejna
burza w mózgu, kolejne poszukiwania. Patrzę na radar z pociągami i są pewne
szanse że tym Regiojetem w Bohuminie dogonię ten pierwszy pociąg, EC do Katowic
(ten który odjeżdżał z Brzecławia 19.10, ale nie było miejsc na rowery). Patrzę
bowiem na apkę Intercity, i od Bohumina miejsc na rowery już jest w nim dużo
wolnych. A może poczeka ten EC na Regiojeta, może są skomunikowane? Dotarł bym
nim do Katowic po 23, pozwiedzał sobie miasto, i pierwszym porannym regio
wrócił do Krk. Dupa tam. EC mi odjeżdża na GPSie, już po wszystkim. Tak że już
nie jestem w ciemnej dupie, tylko w dupie :) Bohumin, miasto kilka km od
polskiej granicy, godzina – dochodzi 22ga. Pierwsze pociągi którymi można wyruszyć
stąd w stronę PL raczej nad ranem. (są te wspomniane Euronighty, ale z rowerem
tam nie wsiądę). Jest jeszcze jedna szansa. Niewielka ale jest. Na tablicy
odjazdów widnieje Leo Express do Krakowa! Planowo 21.30 ale przez megafony
mówią że opóźniony chyba 70 minut. W ogóle tych Leo Expresów więcej stąd jeździ
do Krk, będą jeszcze kolejne tej nocy. Nie widziałem ich na wyszukiwarce
pociągów. Pokładnice (kasy) zamknięte, próbuję kupić bilet przez @, ale lipa,
przy każdym z tych pociągów wyświetla się komunikat, że albo nie przewozi
rowerów, albo wszystkie miejsca zajęte. Mam zatem plan taki, że podjadę z tego
Bogumina rowerem do jakiegoś miasta w PL. Może do Rybnika? 30+ km. Ale patrzę
że najbliższe miasto z którego jedzie coś w stronę górnego Śląska, to Wodzisław
Śl. Raptem 20km z Bogumina. Stamtąm jest regio Kolei Śląskich o 4.20 do
Katowic. Wskakuję zatem na rower, przez Stary Bogumin, starym mostem na Odrze opuszczam Czeską ziemię. W Orlenie na Chałupkach tankuję się energolem i dwoma
hot-dogami. Wskakuję na krajową 78kę. Noc jest chłodna. Raptem ze 12 stopni. Jakże
odmienna od poprzedniej tropikalnej nocy na południowej Słowacji! Jest koło
23ciej. O tej porze powinienem być już w domu, i kłaść się do wyra. A ja jadę zimną
nocą na tym jebanym rowerze przez jakieś śląskie zadupia i marznę. Mam też
lekkie halucynacje – różne przedmioty, słupy, drzewa kosze na śmieci itp.
przypominają mi postacie i zwierzęta. W ogóle się tym jednak nie przejmuję, to
standard. Druga nieprzespana noc w trasie często daje takie atrakcje, miałem to
wiele razy, ultrakolarze też mają często halucynacje. W oddali na horyzoncie
majaczą czerwone światła kominów elektrowni i fabryk - Górny Śląsk. W sumie to
już nie jestem wkurwiony tylko mi się to podoba :) Przygoda jak za starych
dobrych czasów. Druga nieprzespana noc w trasie, zimno, halucynacje, uciekające
pociągi, kolejne puchy energola… Znam to dobrze :) Kiedyś to było, kiedyś to
się jeździło :) Tymczasem coraz bardziej pagórkowatą szosą docieram do Wodzisławia. Dobrze że wziąłem długie spodnie na przebranie, przydadzą się.
Jest północ, do odjazdu 4 godziny. Muszę te 4 godziny jakoś tu przekiblować,
nie zamarznąć itp. Na przedmieściach jest McDonald ale chyba właśnie go
zamykają. Nie jestem bardzo głodny, na razie jadę obadać dworzec. Stary,
pięknie odremontowany ceglany budynek. Z przeszklono – ceglaną dobudówką, z
windą i klatką schodową. Perony też nowiutkie, a przy nich stoi już nowiutki
biało-niebieski Impuls (EZT), który zawiezie mnie do Katowic. Właściwie to dwa obok siebie stoją, więc jeden z nich. Niestety oczywiście zamknięte, nie
ogrzeję się w środku. Poczekalnia na dworcu też zamknięta, otwierają o 5.00…
Ależ to cieszy oko, taka wstająca z ruin kolej w peryferyjnych małych
miasteczkach, w Polsce „B”. Ta jedna tylko rzecz mi nie pasuje, to różni tą
moją dzisiejszą nocną przygodę z przygodami sprzed lat. Dawniej szwędałem się
nocą po zasyfiałych, zardzewiałych obszczanych dworcach, a nie takich pięknych
jak ten. Wracałem starymi „kiblami” a nie Impulsami. Na razie nic tu po mnie, jadę
pozwiedzać miasto. Pusty i senny Wodzisław (z małymi wyjątkami), zagubiony
wśród dębowych lasów, na zadupiach przy południowej granicy. Obadałem rynek, a
potem przekimałem się chwilę na ławce koło jakiegoś pomnika. Ubrane dwie kurki
i jeasny, ale dalej zimmmmnoo. Trochę jadę, trochę prowadzę rower (spacerkiem
się tak nie marznie). JEST OTWARTY KEBAB! A ZARAZ OBOK DRUGI!!! Kupuję małego
boxa. W smaku średni, ale da się zjeść. Tzn. dało by się zjeść, gdyby nie był
tak ogromny (a kupiłem mały!). Do środka wpada też wesoła rozwrzeszczana ekipa
ze stuningowanej starej BMKi z wielkim napisem MARLBORO na tylnej szybie. To
jest właśnie ten „mały wyjątek” w śpiącym mieście ;) No cóż młodzież w małych
miasteczkach nie ma wiele możliwości nocnego imprezowania. Mają w całym mieście
w nocy dwa otwarte kebaby i dwie stacje benzynowe, i tyle. To bawią się tak jak
mogą :) Dopiero trzecia dochodzi, jeszcze godzina szwendania się, marznięcia i
halucynacji. Jadę jeszcze raz na dworzec, spaceruję po peronach. Kupuję bilet
przez neta. Pijany kulawy chłop mnie zaczepia, jest mocno „zmęczony”. Pyta
gdzie tu jest stacja benzynowa żeby się napić. Pytam czy chodzi o alkohol, ale
nie. Chodzi o piwo ;) No to mu znajduję CircleK na mapie i mówi gdzie iść. Ja
też idę na stację , ale inną, na Orlen, i kupuję, nie piwo a jeszcze jednego
energola, żeby dotrwać. Dochodzi 4ta czekam na tym peronie razem z 3 innymi
podróżnymi. OTWIERAĆ TEN EBANY POCIĄG, ZIMNO I SPAĆ SIĘ CHCE. Ledwo stoję, a
ławki mokre od rosy. 4.00 wreszcie cieć pilnujący zestawu wychodzi ze środka i
otwiera drzwi. Siadam, łeb opieram na ręce, rękę opieram na rowerze i idę spać,
nara. Budzi mnie konduktorka do kontroli. Za oknami ciągle ciemna noc. Dalej
idę spać. Budzę się przed Katowicami. Zaczyna świtać. I już wiem że ucieknie mi
jeszcze jeden pociąg :) W Kato przyjazd miał być 5.44. Regio do Krakowa o 5.48,
i to taki fajny regio, którym dojadę nie tylko na Krk Głowny, ale na Prokocim,
prawie pod sam dom. No i znowu w pizdu, i wylądował, i cały plan w pizdu.
Opóźnienie 8 minut złapaliśmy, skomunikowania oczywiście brak, bo po co. Regio
do Krk odjechał. Sprawdzam na apce jakiś IC, miejsca zajęte. Ale jest TLK! Znad
morza do Krk. Odjazd 6.13. Tu są wolne miejsca! Tym pojadę. Na dworcu kupuję
energola za 10zł i pączka za 10zł :D Nadjeżdża dłuuuugachny TLK, pakuję się do
środka i idę spać. Budzę się w Krakowie, przed dworcem głównym. Jest 7.30.
Zaczyna się gorąca, piękna niedziela a ja turlam się powoli do domu i kończę
swoją niesamowitą rowerowo-kolejową przygodę :) Albo raczej kolejowo-rowerową
:D W domu o 8.15. Czyli circa 10 godzin później niż pierwotnie planowałem. A powrót
pociągami zajął mi 16h zamiast 6h. Ile pieniędzy więcej wydałem? Nie wiem, i
nie wiem czy chcę to liczyć. Część niewykorzystanych biletów udało się pozwracać
(te przez apki) a część nie (te kupione w kasie w Bratysławie).
Przygoda jak za starych dobrych czasów, gdy się jechało dwie noce pod rząd w trasie :) Dawno nie miałem takich halucynacji drugiej nocy :) Z wniosków:
- nie można ufać w połączenia z przesiadkami, lepiej poczekać na bezpośredni pociąg
- trzeba było jechać rowerem do Rybnika, raptem 30km zamiast
20, a byłbym w nocy w dużym fajnym mieście, z większą ilością miejsc do
ogrzania się i do pozwiedzania
- wyszukiwarka połączeń kolejowych której używam nie pokazuje wszystkich pociagów, jest dużo więcej pociągów Leo Express / Regiojet.
5.15 (pt) - 8.15 (ndz)
Kategoria > km 350-399, Powrót pociągiem
Wawa 2 (Defilada!!!)
d a n e w y j a z d u
194.10 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:32.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/Bq997n2NMo3nQzuW7
https://connect.garmin.com/app/activity/24014947850
(plus dojazd/powrót z dworca 20km, plus prawie 70km nakręcone po Wawie!)
W tym roku postawiłem udać się pierwszy raz na defiladę z
okazji Święta Wojska Polskiego, w Warszawie. Do tej pory zawsze jakoś nie było
okazji albo o niej zapominałem. Raz tylko, w ’24 widziałem nocne próby do
defilady. W tym roku się uda być, wolne od pracy mogę sobie zrobić w każdy
dzień. Do tego piękna pogoda 30+ stopni. Z tygodniowym wyprzedzeniem kupuję
bilety PKP. Kupić bilet na trasę Wawa-Krk to nie takie hop-siup, w wakacje
pociągi są nabite po dach i brakuje miejsc.
Jak zwykle podjadę sobie pociągiem do Radomia, tak aby od
razu wylądować na spalonej Słońcem, mazowieckiej patelni :) Ma to płaskie
Mazowsze jakiś swój urok, też je lubię. Pociąg odjazd 8.30, przyjazd planowo
12.30. Oczywiście jest opóźnionko, w Radomiu koło 13tej. Zwiedzam przejazdem
Radom i wylatuję na północ główną dwupasmówką. Pomimo dużego ruchu jedzie się
fajnie, jest szerokie pobocze lub równoległe boczne dróżki. Kawałek za Radomiem
dociągiam do S7ki. Oczywiście Eską nie pojadę (choć są kolarze co tak jeżdżą ;)
). Po obu stronach drogi ciągną się boczne drogi techniczne, ruchu lokalnego.
Jak zawsze będę sobie nimi powoli ciągnął w stronę stolicy. Po drodze fajny
odcinek gdzie Eska przebiega wśród starych, OGROMNYCH sosen. Fajnie że ich nie
wycięli, jakoś się dało je zostawić. Co jakiś czas odbija się bocznymi drogami
dalej na bok od S7ki, taki odcinek jest np. w Suchej. Tu przejazd piękną aleją obsadzoną wielkimi kasztanowcami. W dość urokliwych Białobrzegach jak zawsze
wciągam kebaba tam gdzie zawsze. Jest i fotka z Grójca, ze słynnym pomnikiem jabłuszka oraz starymi wierzbami na rynku. Ta część Mazowsza tonie bowiem w
sadach owocowych. Co i rusz przejeżdża się pośród hektarów małych drzewek, z
coraz to dorodniejszymi owocami – połowa sierpnia. Upalny dzień powoli kończy
się, wieczory są coraz chłodniejsze. W Tarczynie chwilę przed zachodem Słońca,
zaliczyłem tu tylko Biedronkę, żeby zrobić zakupy. Ostatnie km do Janek
dociągam DW 778. Tablicę WARSZAWA osiągam przed 22gą. Plan mam taki że poszwendam
się w nocy i rano po mieście, pozwiedzam coś, a potem zarezerwuję sobie dogodne
miejsce do obserwacji defilady. Zwiedzam chyba to co zawsze, Śródmieście,
Solec, Powiśle, Mariensztat… Warszawa zawsze mi imponuje, tu wszystko jest
takie wielkie, ogromne, wspaniałe… Te 200m szklane wieże, szerokie aleje,
ogromne kilkusetmetrowe mosty, wielka Wisła… No jest co zwiedzać. Nowy dzień
wstaje koło 5tej. Wciągam kultową zapiekanę u Lussy, poprawiam bułką z
pieczarkami. Wpadłem na świetny pomysł, aby TERAZ, rano dokonać ablucji. Teraz,
a nie po defiladzie. Ablucji czyli umycia się mokrymi chustkami i przebrania w
krzaczorach po drugiej stronie Wisły. Po defiladzie bym nie zdążył. Ulice
powygradzane, wszędzie policja, wojsko, barierki, nie tak łatwo się
przemieszczać po mieście. O 9.30 zajmuję strategiczny punkt obserwacyjny. Na
skarpie, przy Wisłostradzie, pod jednym jedynym drzewem :) Strategicznie też
bardzo mało piję, żeby nie chciało mi się sikać. Defilada o 12tej a ile potrwa
to nie wiadomo. Miejscówka jak się potem okaże GENIALNA. Większość ludzi będzie
się smażyć na trawniku (będą 32-33 stopnie), a garstka, w tym ja ma przyjemny
cień. Próby już trwają, raz-dwa-trzy próba mikrofonu. A właściwa część defilady
startuje koło 11.30. Czego tam nie było…
- transmisja przemówienia Tuska z Gdańska (mogli sobie
darować, pierdolił trzy po trzy)
- wprowadzenie Polskiej flagi
- hymn Polski
- salwa honorowa
- kultowe CZOŁEM ŻOŁNIERZE Nawrockiego
- nominacje generalskie, admiralskie
- transmisja z defilady okrętów z Trójmiasta (na telebimach)
- Lotnicza część defilady – w tym m.in. Apache, F16, F35,
latające cysterny… No ogromne wrażenie, większość typów samolotów leciała po 4
sztuki w formacji. Gdy leciały F35 niebo nad Warszawą zagrzmiało ;)
Potem może i podniosłe, może i mądre (a może nie)
przemówienia prezydenta i Kosiniaka, ale naprawdę za długie, niepotrzebne w
takich warunkach i ciężkie do wystania/wysiedzenia w tym upale. Tak przez
widzów jak i żołnierzy. 33 stopnie a Ci pierdolą przez 45 minut… Ludzie mieli
dość. Część widowni poszła i nie doczekała najciekawszej części defilady, czyli
przejazdu pojazdów kołowych/gąsienicowych. Ja pomimo że stałem w cieniu też już
miałem dość. Postawiłem sobie jednak za cel dotrwać do tego co najciekawsze,
czyli czołgów i innych wozów gąsienicowych, które będą na samym końcu. I tak
też zrobiłem, przejechał OGROM sprzętu kołowego, pojechały pierwsze gąsienicowe
potwory. Znowu zagrzmiało, tym razem z dołu, nie z góry ;) Borsuki, K2,
Abramsy… I zacząłem powoli się zbierać, jakbym stał do końca to utknąłbym w
tłumie przy wyjściu. Ominęły mnie chyba tylko Leopardy, Kraby i K9. Jest 14.30,
pociąg o 16tej, muszę dotrzeć na dworzec, coś zjeść, znaleźć peron… Powrót do
Krk bez przygód, nawet klima działała w pociągu. W Krakowie po 20tej.
Udana wycieczka, defilada zaliczona. Choć trochę za dużo
szczęścia naraz, było po prostu za długo. Od 9.30 do 14.30 to jest 5 godzin.
Następnym razem trzeba przyjść trochę później, np. 10.30. Choć nie wiem czy nie
większe wrażenia są przy próbach do defilady. Kiedy można posłuchać ryku
silnika Leoparda z odległości 3 metrów :)
7.30 (pt) - 22.00 (sb)
Kategoria > km 150-199, Powrót pociągiem
Leniwa niedzielna przejażdżka
d a n e w y j a z d u
112.20 km
1.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:27.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Najkrótsza z trzech przepraw promowych na Wiśle na zachód od Krakowa
https://photos.app.goo.gl/2zqfcuPMCUAcUUik7
https://connect.garmin.com/app/activity/23928869135
Taka tam leniwa niedzielna przejażdżka po okolicy wyszła. Pierwotnie
myślałem o jakimś Turbaczu, ale gdzie tam. Boli lewy kulas plus ogólne
zmęczenie, ino na tyle wystarczyło mi dziś ambicji. Co nie znaczy że nie
zdobyłem dziś żadnych górskich szczytów, bo jeden był ;) Za Tyńcem mianowicie,
w miejscu gdzie nowo wybudowana droga podcina zbocze góry, wspiąłem się na
szczyt Grodzisko (280m n.p.m.) Od jakiegoś czasu kusił mnie ten zielony szlak
pnący się strrrromo do góry :) Dziś wreszcie się zmobilizowałem i wtaszczyłem
tam rower, i siebie do góry bardzo stromą ścieżką. Nie było łatwo. Cały szczyt
porośnięty jest brzozowo-liściastym lasem. Poza widokami na Wisłę prześwitującą
spośród drzew, oraz na śmigających dołem rowerzystów, nie ma tu nic ciekawego.
Od szczytu zielony szlak jest już dla odmiany tak gładki i prosty, że da się
nim jechać nawet na szosówce. Szlakiem zjeżdża się do szosy Tyniec-Skawina. Jak
teraz patrzę na mapę to tam jest lasek i zielony szlak idzie dalej, jest
jeszcze kilka kolejnych wzgórz do zdobycia. Muszę się tam kiedyś wybrać na MTB.
Potem poleciałem na zachód wzdłuż Wisły, zmieniając co chwila brzeg rzeki. Głównie
za pomocą promów :) Fajna sprawa te promy. A przepłynąłem się dziś wszystkimi
trzema (bilety 1-1,5zł), plus przejechałem stopniem wodnym Łączany. Zjadłem
pizzę w ulubionej Żabce w Łączanach, i potoczyłem się w stronę Krakowa już
północną stroną Wisły. Wieczorem poszwendałem się trochę po mieście. Piękna
słoneczna, acz nie upalna pogoda. Ślady upałów widać za to w przyrodzie! Niski
poziom Wisły, oraz pożółkłe liście na drzewach! Na początku sierpnia! A topole
to już w ogóle lecą z liści konkretnie. Jak we wrześniu.
8.35 - 23.25
Kategoria > km 100-149
Uppppalna przejażdżka :)
d a n e w y j a z d u
119.80 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:38.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Znów krakowski Balaton ;)
https://photos.app.goo.gl/wf6mnsLfQggsBmJ47
https://connect.garmin.com/app/activity/23867951718
Upały wracają!!! I to jakie! Pierwsze prognozy mówiły o
nawet 40 stopniach w Krk, potem zmienili na 39. Ostatecznie dziś będzie 38
stopni. Też fajnie, choć mogło by być więcej. Chętnie sprawdziłbym swój
organizm w 40 albo i 42 stopniach :) A do sprawdzania organizmu to jakaś taka
przejażdżka tylko rzecz jasna, wkoło komina. Wyruszam 8.30. Rzut oka na Zakrzówek, i wskakuję na WTRkę. Polecę nią na Tyniec, a potem zmienię szlak na
Velo Łączany, wzdłuż Kanału Łączańskiego. Tradycyjnie już łapię kapcia na
przodzie, jakiś miniaturowy kolec roślinny przebił mi oponę… Wymiana dętki w
cieniu lasu poszła raz dwa. Który to już kapeć? Piąty czy dziesiąty w czasie
ostatniego miesiąca? W kultowej Żabce w Łączanach wciągam pizzę. No gorąco
jest, ale liczyłem na coś więcej szczerze mówiąc. Szczerze mówiąc to 38 stopni
nijak się ma do 38 stopni na końcówce trasy do Budapesztu. Zresztą wtedy w
Słońcu miałem na liczniku 50 stopni, dziś w Słońcu mam tylko 45. Upały w Polsce
jednak nie umywają się do upałów na Węgrzech. Dociągam do Przewozu, i ostatnim promem przeprawię się na drugi brzeg Wisły. Ostatnim w sensie, że jest to
ostatni z trzech promów na Wiśle licząc od Krakowa, następny jest już most na
szosie wojewódzkiej na wysokości Zatora. Dalej na zachód się nie zapuszczam, bo
mam w planach dziś kąpiel – albo w Kryspinowie, albo w Bagrach. Po drugiej
stronie rzeki wspinaczka na wzgórze, na szczęście w cieniu lasu. Kawałek szosą
wojewódzką a potem jeszcze raz na wzgórza z których widać już zieloną kopułę Lasu Wolskiego oraz wystającą spośród niej sylwetkę klasztoru na Bielanach.
Najpierw postanawiam jednak obadać zalew w Kryspinowie, oraz sąsiedni mniejszy
zalew Budzyński. Tłumy ludzi, płatny wstęp, nie wiadomo czy można z rowerem
wejść, no to jednak nie dla mnie. Wykąpię się wieczorem w Bagrach. Objechałem
zatem tylko zalew terenową drogą, trochę gravelovania na szosce nie zaszkodzi
;) Zjechałem do Piekar, przekimałem się w krzakach przy brzegu Wisły, i gdy
dzień miał się powoli ku końcowi przeturlałem się przez miasto w stronę Bagrów.
Wieczorna kąpiel w Bagrach, taka koło 21szej no coś wspaniałego :) Ludzie już
się zbierają na chatę, coraz luźniej na plaży a woda ciągle przyjemna,
ciepło-chłodna :) Szkoda że nie umiem pływać. Zatem popluskałem się tylko w
bezpiecznej odległości, nie przekraczając drugiej linii boi. Po ochłodzie
jeszcze nocna rundka po mieście i piwko w parku i tak minęła mi ta rowerowa
rekreacja w najbardziej upalny (do tej pory) dzień 2026 roku :) Wypiłem jakieś 10-11l płynów podczas tej trasy.
8.35 - 0.05
Kategoria > km 100-149
Szczyt sierpień (zbiorówka) cz. II/II
d a n e w y j a z d u
740.40 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt

Prokocimski Balaton, czyli Bagry ;)
Kategoria Zbiorówka :(
Szczyt sierpień (zbiorówka) cz. I/II
d a n e w y j a z d u
740.40 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt

Dostawy na północne rubieże miasta :)
https://photos.app.goo.gl/84AeMzMA1FcvZPf87
3.08 ~77,0km Upalna (35'C) i owocna dniówka na Uber, zjebany licznik i zakup nowego licznika w Lidlu za 25zł. Biorę szybko z półki, nie patrzę nawet co to dokładnie jest. Potem okazuje się że kupiłem licznik bezprzewodowy za 25zł... Pierwszy bezprzewodowy licznik w życiu :D No zobaczymy co z tego będzie.
4.08 52,2km Lekka dniówka głównie na Uber, dziś upał tak pod 37'C. Nie szła robota, za po poszła mi kolejna dętka :D Tym razem na przodzie, chyba na łatce, pewnie od upału. No to kurs na Deca po nową dętkę xD
6.08 77,3km Ładna dniówka w końcówce upałów. Takie fala upałów zawsze kończą się przejściem frontu burzowego, tak było i dziś. Niebo wyglądało bardzo nieciekawie, ale ostatecznie burze przeszły bokiem, przez Wieliczkę, ominęły centrum Krk.
7.08 66,8km Po deszczach kończących falę upałów dniówka na U/W/B. Ochłodzonko.
8.08 57,8km Leniwa dniówka na U/W/B/S. Ale mnie dziś wkurwił Stuart, zamówienie z KFC 46zł przepadło, tj. musiałem sobie za nie zapłacić i potem zjeść. Nie lubię tej aplikacji, tu support nie istnieje, jak coś pójdzie nie tak płacisz ze swoich za uszkodzone zamówienie albo pomyłkę. Dlatego nie wożę na Stuart drogich zamówień.
10.08 78,1km Lekki (30'C) upał, dniówka również lekka gdyż dziś na tapecie był zakup wtyczek do prodiża oraz wieczorna kąpiel w Bagrach :) Ta zaległa, z wczoraj ;)
11.08 65,3km Pogodny ciepły dzień, wieczór chłodny. U/W/B. Ale liście lecą z topoli po tych upałach, a i inne drzewa podsychają i żółkną. Jak we wrześniu!!!
12.08 93,4km Ale szalona dniwóka :) Kurs (Uber) na Niepołomice za 43zł (+napiwek 19zł). Powrót do Krk oczywiście na pusto, ale i tak się opłacało :) U/W/B/S. Dzień pogodny i ciepły, a wieczór chłodny, prawie zimny.
16.08 109,8km Co za zwariowana dniówka :) Prawie 3 stówki zarobione na Uber/Stuart! Śmigałem sobie do 19tej. Jako że może to być ostatni taki upalny dzień w tym roku, zaliczyłem kąpiel w Bagrach. Coś tam szły jakieś opady, ale ino pokropiło, a zachód Słońca piękny. A potem śmigane jeszcze do północy. Uber zaczął zapodawać kursami po kilka dych, na jeden się skusiłem.
17.08 65,4km Dziś śmigane na U/S, poza miasto, Wieliczka i Brzegi! Stuart tam ładne kursy zapodaje gdy mnożnik jest np. 3.0 :) Dziś szła już konkretna burza. Prawie zdążyłem, dosłownie 5 minut jechałem w rosnącej ulewie, jak przyjechałem na chatę to walnęło już nieźle. Ale wszystko pożółkłe, zasuszone, drzewa z liści lecą. Połowa sierpnia a krajobrazy zielono-żółte jak w połowie września! Efekt suszy.
18.08 68,2km Chłodny dzień U/S/B. Dziś po Krk, nie Wieliczka. Wieczór jeszcze chłodniejszy.
19.08 ~77,0km(???) Kurwa zresetował mi się licznik... I ile ja mam teraz wpisać km? Wpiszę 77, pewnie nie pomylę się więcej niż o kilka... Ciepła i pogodna dniówka na U/S. Nie kleiła się robota, ale coś tam wymęczyłem.
20.08 59,1km Jednak jeszcze jeden dzień upału, coś koło 30 stopni. Upał jednak brutalnie zakończył front atmosferyczny z opadami deszczu. Skrócił mi też dniówkę ten front... Kilka kursów na Uber ino.
21.08 78,7km Najpierw trochę po Wieliczce (Glovo/Uber) potem deszczyk i trochę po Krk (Uber). Wkurwiający dzień, m.in. dostałem mandat 50zł za jazdę po "drodze na pieszych"
22.08 72,3km Znów Wieliczka+Krk. Po wichrzastej nocy chłodny dzień. Znalazłem 50zł na trawniku!!! No nie do wiary, to już jest interwencja Boska.
23.08 70,4km Chłodny acz pogodny dzień. Udało mi się zlikwidować trzeszczenie w rowerze, problemem były zasyfione piachem stery. Uber.
24.08 74,9km Dziś znów Uber. Leniwa dniówka po Krk, wycieczka pod północną obwodnicę Krk (ładne widoki!), zakupy w M1 itp. Coraz chłodniejsze wieczory, piwko wieczorami w parku wchodzi coraz gorzej.
26.08 89,7km Dniówka na U/S, ładna pogoda, najpierw Wieliczka, potem Krk, m.in. Kliny
27.08 50,2km Dziś pół dniówki na Uber, bo jutro trasa. 25 stopni, trochę po Wieliczce i okolicach.
31.08 97,2km Fajna dniówka na Uber. Najpierw po zadupoach, Półłanki, Śliwiaka, Złocień, Bagry itp., potem trochę Krk a wieczorem fajny strzał za 40zł z McDonalda Wieliczka :) 30 stopni, burze miały być ale ostatecznie przeszły bokiem.
Kategoria Zbiorówka :(





























